Perspektywa Elary
Nie mogłam nic na to poradzić. Ta przeklęta więź, ta jego kurewsko idealna sylwetka — to wszystko sprawiało, że moje ciało reagowało w sposób, którego nie chciałam. Między moimi nogami pojawiło się pulsowanie, którego nie mogłam stłumić przez to, jak rozłożył moje uda.
Wystarczyłoby, żeby odsunął szlafrok, rozpiął spodnie...
Nagle drzwi otworzyły się na oścież.
— Alfo, pierwsi goście przyjeżdżają na bankiet...
Głos Garreta urwał się gwałtownie, gdy zobaczył naszą dwuznaczną pozycję. Podniosłam głowę akurat w momencie, gdy twarz Bety stała się bordowa, a on sam szybko się odwrócił, by nie patrzeć.
— Przepraszam za najście, ale pierwsi goście już są. Będą na ciebie czekać.
Chwila minęła, a Kaelen chłodno usiadł, po czym zsunął się z łóżka i wciągnął koszulę. — Powiedz naszym gościom, że zaraz schodzimy.
My. Jakbyśmy byli prawdziwą parą, która przed chwilą naprawdę miała się kochać.
Jakby to wszystko nie było pieprzonym żartem.
Garret skinął głową i szybko wyszedł. Usiadłam, ciaśniej owijając się szlafrokiem, i starałam się zachować jak najbardziej neutralny wyraz twarzy. Nie potrafiłam stwierdzić, czy Kaelen poczuł tę samą fizyczną reakcję na naszą bliskość, czy po prostu mną manipulował, i uznałam, że lepiej nie próbować się tego dowiadywać.
— Pójdę się przygotować — powiedziałam, wstając.
— Nie ma potrzeby. — Kaelen skończył zapinać koszulę i ruszył do drzwi, chwytając po drodze marynarkę. — Poślę kogoś, żeby przyniósł ci sukienkę. Skoro tak bardzo podobało ci się szykowanie w moim apartamencie.
Mrugnęłam, ale przytaknęłam krótko.
Chwycił klamkę, ale zawahał się, spoglądając przez ramię.
— Tak dla jasności, wiem, że gówno prawda z tym, co wygadujesz — powiedział. — Próbuj jakich chcesz taktyk, ale nie dam ci rozwodu.
I po prostu wyszedł.
Siedziałam na brzegu jego łóżka przez kilka minut, czując satysfakcję z tego, że udało mi się go na chwilę wyprowadzić z równowagi, ale też lekkie rozczarowanie. To będzie trudniejsze, niż myślałam.
Chwilę później rozległo się ciche pukanie do drzwi. Otworzyłam je i zobaczyłam tę samą służącą co wcześniej, trzymającą w ramionach jedwabistą czerwoną suknię.
— Alfa prosił, bym przyniosła pani sukienkę, Luno — powiedziała, dygając i podając mi ją.
Wzięłam suknię i podniosłam ją, przyglądając się jej uważnie. Była niczym innym jak dramatem; jedwabista czerwona tkanina spływała kaskadami, zwężając się w talii. Miała głęboki dekolt i wycięte plecy, a cienkie ramiączka praktycznie nie istniały.
Przypomniałam sobie, że kupiłam tę sukienkę tuż po ślubie z Kaelenem, myśląc, że będzie chciał, bym ubierała się seksownie — zanim zdałam sobie sprawę, że oczekuje się ode mnie skromniejszego stroju jako przyzwoitej Luny najsilniejszej watahy. Wrzuciłam ją na dno szafy, ani razu jej nie zakładając, i całkowicie o niej zapomniałam.
To było całkowite przeciwieństwo tego, co zazwyczaj nosiłam...
Ale skoro i tak umierałam, dlaczego by, do diabła, nie założyć tej sukienki?
...
Perspektywa Kaelena
Moi rodzice zostali zabici sześć lat temu, zostawiając Kestrel mnie — ich siedemnastoletniemu synowi.
I wiedziałem, że ich śmierć nie była tylko wypadkiem.
Przez lata udało mi się zawęzić krąg podejrzanych do trzech watah, które mogły być w to zamieszane — jedną z nich była Galeshadow. Wataha Elary. Wciąż nie zebrałem wystarczających dowodów, by mieć pewność, ale aktywnie szukałem prawdy.
Dlatego taką przeszkodą okazała się wiadomość, że Elara jest moją przeznaczoną partnerką, i dlatego tak ciężko pracowałem, by nie obdarzyć jej prawdziwym uczuciem, posuwając się nawet do tego, by umieścić jej sypialnię tak daleko od mojej, jak to tylko możliwe.
Musiałem poślubić swoją przeznaczoną parę dla dobra watahy. Ale gdyby okazało się, że to Galeshadow odpowiada za śmierć moich rodziców, nie mogłem ryzykować, że powstrzyma mnie miłość do niej. To, czy była w to bezpośrednio zamieszana, całkowicie niewinna, czy była szpiegiem Galeshadow, nie miało znaczenia.
Liczyło się tylko to, że nie mogłem pozwolić kobiecie powstrzymać mnie przed ukaraniem tych, którzy odebrali mi rodziców.
Więc przez pięć lat zachowywałem ostrożny dystans, trzymałem się surowego kontraktu zakazującego bliskości, unikałem jej za wszelką cenę, a nawet byłem dla niej jawnie okrutny, byle tylko trzymać ją z daleka.
Ale dzisiaj, kiedy zaproponowała rozwód, pękłem. Myśl o tym wzburzyła mnie bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać.
Ktoś trącił mnie w ramię i spojrzałem w górę, widząc wpatrującego się we mnie Garreta. Tak zatopiłem się w myślach, że zapomniałem, gdzie stoję — przed salą bankietową, czekając na wejście.
— Nadal uważam, że powinieneś po prostu przyjąć jej ofertę — powiedział cicho Garret. — Jeśli ona weźmie winę na siebie, nie zaszkodzi to twojemu wizerunkowi. Nadal będziesz mógł wygrać wybory — to może ci nawet pomóc na dłuższą metę. Stworzyć narrację o nieszczęśliwie zakochanym Alfie, który mimo złamanego serca nadal służy swojemu ludowi.
Mój mięsień szczęki drgnął.
— Rozważam to — powiedziałem powoli, z rozmysłem. — Nie wiem jednak, co myśleć o tej tajemniczej chorobie, o której wspomniała.
Mój Beta przechylił głowę. — Choroba czy nie, nadal uważam, że jest szpiegiem Galeshadow i znacznie lepiej ci będzie bez niej. Przyniesie tylko kłopoty.
— Mówisz to od pięciu lat, ale trzeba przyznać, że nie znaleźliśmy niczego, co by na to wskazywało.
Garret prychnął. — To dlatego, że cały czas udaje taką cholernie idealną. Ale dzisiaj... — Wzruszył jednym ramieniem. — Może jej maska opada.
— Może. Nie wiem. Nie wyciągajmy pochopnych wniosków.
— Ach. — Garret westchnął. — Jednak zacząłeś coś do niej czuć, co? Cóż, należało się tego spodziewać, skoro jest twoją przeznaczoną parą, nie wspominając o jej urodzie i biegłości jako Luny. Ale musisz odpuścić, chyba że...
— Nie zakochałem się w niej. — Moje słowa zabrzmiały szorstko, krótko. Garret zesztywniał, zdając sobie sprawę, że przekroczył granicę. Mógł być moim przyjacielem, ale w ostatecznym rozrachunku był moim Betą.
— Poza tym — ciągnąłem, być może starając się przekonać samego siebie tak samo jak jego — nie mogę się w niej zakochać. Myślę, że jej niewinność to tylko gra, a teraz staje się nieznośna i...
Głos mi zamarł, gdy usłyszałem stukot obcasów o marmurową podłogę. Spojrzałem w głąb korytarza i zobaczyłem zbliżającą się burzę jedwabistych blond włosów i utkwione we mnie niebieskie oczy. Miała na sobie czerwoną suknię, która opinała jej kształty, a szkarłatny jedwab falował wokół jej stóp niczym rzeka krwi.
Mój wilk natychmiast się poruszył, silniejszy niż kiedykolwiek, i tym razem nie zdołałem go stłumić.
„IDŹ, POCAŁUJ NASZĄ PARTNERKĘ I NAZNACZ JĄ TERAZ, ty idioto” — wrzeszczał w moim umyśle. „Ile razy mam ci to powtarzać?”
Przełknęłam ciężko ślinę i odwróciłem wzrok. — Zamknij się.






