Drzwi otwierają się szerzej wraz z podmuchem, któremu nie ufam. Są otwarte.
To jest to.
Nie dziękuję mu. Nie patrzę za siebie. Po prostu prześlizguję się obok zardzewiałych krat i ignoruję to, jak moje bose stopy plaskają o lodowatą, kamienną podłogę. Zimno pełznie w górę moich nóg, jakby miało pazury, ale odpycham to uczucie. Mam minuty. Może mniej.
Tyczkowaty strażnik mruczy coś za moimi plecami






