W komnacie jest zbyt cicho.
Nie tą spokojną ciszą – tą duszącą, taką, która naciska na twoją czaszkę, aż czujesz, że musisz krzyczeć, żeby tylko udowodnić, że wciąż istniejesz.
Kulę się pod ścianą, a łańcuchy wcinają się w moje nadgarstki. Skóra jest otarta, zdarta do żywego, piecze przy każdym drgnięciu, ale dobre jest to, że to żelazo, a nie srebro. Podłoga jest zimna, przenika nawet przez sukni






