Malakai nie daje mi czasu na oddech.
Jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku, gorąca i miażdżąca, i zanim w ogóle udaje mi się zarejestrować ciężar jego słów – Ona jest moja i to ja ją ukarzę – on już wlecze mnie przez wrakowisko szeptów.
Starszyzna pierzcha jak tchórze, ale wojownicy ociągają się, wodząc za nami wzrokiem. Głodni. Oskarżycielscy. Niektórzy z oczami szeroko otwartymi z niedowierza






