Poszłam za kobietą do niewielkiego domu, niedaleko restauracji. Był to wolnostojący, mały budynek, ze stiukiem pokrytym pajęczyną pęknięć, które bezbłędnie zdradzały, jak długo tu stał.
– Widzę, że jednak przyszłaś. Myślałam, że będziesz tak iść przed siebie, aż z nieba nie spadnie burger i nie uderzy cię w twarz – rzuciła, kładąc torby z zakupami i poklepując każdą kieszeń w poszukiwaniu kluczy.






