Harper
Zimne nocne powietrze uderzyło we mnie w chwili, gdy wyszliśmy z budynku.
To nie był ten rodzaj chłodu, który szczypie w skórę czy wywołuje dreszcze.
Był cięższy – taki, który wślizguje się pod ubranie, wpełza pod żebra i osiada tam niczym ciężar, którego nie da się zrzucić.
Dom za nami – ta potworna, elegancka fasada, za którą sprzedawano dziewczęta jak przedmioty – wciąż rozbrzmiewał stłu






