Zatrzymałam się w miejscu i odwróciłam. Z alejki wyłoniła się postać – wysoka i postawna, o dystyngowanej aurze. Ale twarz należała do zupełnie obcego człowieka.
– Wei... Qingchuan! – wyszeptałam jego imię. – Czy to naprawdę ty?
Na jego ustach błąkał się uśmiech. Podszedł do mnie, zatrzymując się o krok dalej. Jego oczy, tak głębokie i stałe, jak zapamiętałam, utkwiły w moich.
Ta scena przeniosła






