Perspektywa Thaddeusa
Dwaj Betowie w walce wręcz.
Patrzyłem, jak się zmagają, obaj próbując zdobyć przewagę, choć dla mnie było całkowicie jasne, który z nich jest silniejszy. Mój Beta, Xander.
Xander uśmiechnął się z politowaniem, gdy tamten Beta obrócił nim i cisnął nim o ścianę.
Xander wydał z siebie dziwny dźwięk, gdy jego ciało uderzyło w mur.
Pokręciłem głową, patrząc na mojego brata idiotę. Tylko udawał, że go boli. Odrobinę za dobrze bawił się z tym facetem. Pozwalał mu wierzyć, że tamten jest silniejszy.
Nagle Xander pisnął, gdy wrogi Beta przyparł go do ściany, trzymając za gardło i warcząc. Xander zaczął się trząść, unosząc dłonie w geście poddania.
– Proszę, nie rób mi krzywdy! Nie jestem zbyt silny!
Zobaczyłem uśmiech na twarzy tamtego Bety, zaciskającego dłonie na gardle Xandera. Naprał ciałem na mojego Betę, na co Xander uniósł pytająco brew.
Beta warknął ponownie, napierając na niego biodrami.
– O stary, to kurewsko obrzydliwe!
Powiedział Xander, po czym warknął wściekle. Podniósł tamtego za gardło, po czym rzucił nim na drugą stronę pokoju. Xander szybko przetarł dłońmi spodnie, jakby w ten sposób mógł zetrzeć z siebie to obrzydliwe ocieranie, którego przed chwilą doświadczył ze strony tamtego Bety.
– Stary, widziałeś tego obrzydliwego dupka! Muszę teraz spalić te pieprzone spodnie! O Bogini, to było takie ohydne!
Wrogi Beta warknął, podnosząc się i odpychając od komody, w którą przed momentem uderzył.
Potrząsnął głową, a następnie z warkotem ponownie rzucił się na Xandera.
– Dobra, koniec zabawy! Przekroczyłeś granicę, kiedy przycisnąłeś do mnie swojego żałosnego, małego fiutka!
Oznajmił Xander i groźnie zaryczał.
Patrzyłem, jak oczy wrogiego Bety rozszerzają się ze zgrozy, kiedy dłoń Xandera przebiła jego klatkę piersiową na wylot.
Xander warknął, wyszarpując dłoń i popychając Betę do tyłu, a ciało wroga zwaliło się na podłogę.
Warknął jeszcze raz, po czym rzucił sercem w martwe ciało Bety.
– Nigdy więcej, kurwa, tego nie rób! Niech to szlag!... Będę miał teraz koszmary!
Wycedził Xander, wzdrygając się. Znów zaczął rozpaczliwie poklepywać swoje krocze, próbując zetrzeć coś, co – jak mogłem tylko przypuszczać – było obrzydliwym uczuciem kutasa tamtego Bety ocierającego się o niego. Ale przy okazji rozmazywał tylko krew po całych spodniach.
– O kurwa, ci kolesie są obrzydliwi! – mruknął Xander, padając na kolana i zaglądając pod łóżko.
Podniósł się, wparował do łazienki, po czym wyszedł z niej niemal od razu. Przyglądałem mu się z rozbawieniem; teraz był wściekły... Wszedł do szafy, rozrzucając wokół rzeczy, po czym zaczął stukać w ścianę. Szukał ukrytych drzwi.
– Dobra, zabierz mnie z tego pieprzonego pokoju, zbiera mi się na rzyganie!
– Sam zdecydowałeś, żeby udawać słabszego.
– Ta, to było zabawne i szło dobrze, dopóki ten obrzydliwy dupek nie przycisnął do mnie swojego twardego kutasa. Jak, do cholery, ta jebana rzecz mogła mu tak szybko stanąć w obliczu tego, co się wokół działo?!... Aaa!
Wykrzyknął Xander, z wściekłością kopiąc martwe ciało.
– Chodźmy, mamy więcej pokoi do sprawdzenia.
Powiedział, po czym wypadł z pomieszczenia niczym burza. Patrzyłem, jak przechodzi na drugą stronę korytarza do kolejnego pokoju. Z warkotem rzucił się na wojownika, który w nim stał.
Usłyszałem jeszcze głośniejsze warczenie Xandera,
– Ty pierdolony, obrzydliwy skurwielu!
Wrzasnął.
Szybko zajrzałem do środka. Tylko po to, by poczuć obrzydliwy ścisk w żołądku na widok wielkiej, cholernej klatki dla psów w rogu, w której, kurwa, znajdował się Omega.
– Chyba sobie, kurwa, żartujecie! – ryknąłem.
Xander nie tracił czasu i błyskawicznie skręcił kark temu choremu popaprańcowi.
– Nie, nie, nie, nie, nie!
Usłyszałem przerażony głos jednego z moich wojowników, Samanthy.
Spojrzałem w głąb korytarza i zobaczyłem, jak zagląda do wszystkich pokoi, z oczami pełnymi łez. Jej nozdrza drżały przy każdym spojrzeniu do wnętrza; podążała za zapachem.
Jej głowa obracała się na boki, a nozdrza rozszerzały, chwytając woń. Rozpaczliwie próbowała zlokalizować źródło zapachu, który wyczuła. Cofnąłem się, mając już całkiem trafne przypuszczenie, dokąd ją to zaprowadzi... Rzecz jasna.
Patrzyłem, jak wbiega do pokoju, zakrywając usta dłońmi i gwałtownie wciągając powietrze.
Zaledwie chwilę zajęło jej odzyskanie opanowania, po czym rzuciła się naprzód, padając na kolana przed klatką i rozrywając ją, by ją otworzyć.
Mały Omega krzyknął przerażony, próbując zwinąć się w jeszcze ciaśniejszy kłębek.
– Już dobrze, skarbie, już tu jestem! Jesteś bezpieczny!
Powiedziała, po czym sięgnęła do wnętrza, ignorując jego ciche skomlenie, gdy próbował przed nią uciec. Objęła go ramionami i wyciągnęła na zewnątrz.
Krzyknął, ale ona jedynie otoczyła go ramionami, wtulając jego twarz w swoją szyję, podczas gdy swoją twarz ukryła w jego.
Usiadła na podłodze, kołysząc go w tył i w przód, płacząc rzewnymi łzami.
Niezbyt często widywałem dominujące samice, a już tym bardziej takie, którym za przeznaczonego trafiał się męski Omega.
Właściwie był to dopiero drugi raz, kiedy coś takiego widziałem, i pierwszy raz w mojej własnej sforze.
– Nick, możesz jej pomóc wrócić do naszego domu sfory?
Zwróciłem się do mojego wojownika, który stał obok, przyglądając się całej scenie. Ocknął się natychmiast, gdy tylko wypowiedziałem jego imię.
– Tak jest, Alfo!
Odparł, odsuwając się na bok i czekając, aż kobieta wyjdzie z pokoju. Patrzyłem, jak Xander kończy przeszukiwać pomieszczenie. Zaglądając pod łóżko, do łazienki i szafy.
– Zostaw te drzwi dla mnie!
Rzuciłem do Richarda, który właśnie przygotowywał się, by położyć dłoń na klamce.
Drzwi wyglądały luksusowo, różniły się od pozostałych. To bez wątpienia były drzwi Alfy!
Pomyślałem, ruszając w ich kierunku. Patrzyłem, jak reszta moich wojowników mija te drzwi, kontynuując swoje zadanie i wchodząc do każdego kolejnego pokoju.
Sięgnąłem i nacisnąłem klamkę; oczywiście były zamknięte. Zrobiłem krok w tył, warknąłem i uderzyłem ramieniem z całym impetem w te cholerne drzwi.
Rozległ się głośny huk, gdy pękły i rozpadły się na kawałki. Część drzwi otworzyła się z trzaskiem, uderzając w ścianę, podczas gdy odłamki drewna rozleciały się we wszystkie strony.
Spojrzałem przed siebie, widząc tego skurwiela stojącego i wpatrującego się we mnie na tle przeciwległej ściany.
Zrobiłem kilka kroków w głąb pomieszczenia, warcząc na niego. On jedynie uśmiechnął się kpiąco, kołysząc w dłoni szklankę. Przybliżył ją do ust, opróżnił resztę trunku, a potem rzucił szklanką we mnie. Uchyliłem się, słysząc, jak rozbija się o ścianę za moimi plecami.
– No chodź, mały chłopcze, na co, kurwa, czekasz? – warknął Alfa Nicholas.
– Może i jestem młodszy od ciebie, starcze, ale z całą pewnością nie mały!
Powiedziałem, ruszając w jego stronę i spoglądając z góry na tego niewysokiego skurwiela, który przed chwilą nazwał mnie małym.
Idiota spróbował uciec; zrobił unik w lewo, podczas gdy ja myślałem, że pójdzie w prawo. Była to jedyna logiczna droga ucieczki, bez konieczności czołgania się po łóżku.
Ale on wolał się czołgać po łóżku, czego nie wziąłem pod uwagę.
Na szczęście byłem szybszy, niż jego stara dupa zdołałaby się przeczołgać. Złapałem go za kostkę, szarpnąłem w tył i cisnąłem nim o ścianę.
Stęknął, zderzając się ze ścianą, po czym osunął się na podłogę. Warknął, odbijając się od ziemi, i rzucił się w moją stronę.
Nareszcie! – pomyślałem, chwytając go za gardło, unosząc do góry, a następnie z impetem ciskając na plecy.
Uśmiechnąłem się krzywo, słysząc, jak z jego płuc uchodzi powietrze. Próbował mnie kopnąć, ale przechwyciłem jego stopę, warcząc przyciągnąłem go do siebie, uniosłem, obróciłem nim w powietrzu, po czym puściłem, rzucając go na ścianę. Tym razem uderzył o mur, by potem wylądować na blacie komody. Wszystko pękło i roztrzaskało się w drobny mak, włącznie z lustrem.
Warknął, sięgając w dół i chwytając wielki odłamek szkła. Odbił się od komody i ruszył na mnie z uniesioną dłonią.
Mógłbym się zaśmiać z tego, jak wolny był. Miałem wrażenie, jakbym oglądał to wszystko w zwolnionym tempie. Chwyciłem jego ramię, gdy próbował wepchnąć we mnie ostrze.
Trzymając jego nadgarstek w prawej dłoni, z wielką siłą zrzuciłem lewą na wewnętrzną stronę jego łokcia, zmuszając rękę do zgięcia.
Jednocześnie naparłem na niego i patrzyłem, jak szkło przebija na wylot jego własne gardło.
Jego oczy rozszerzyły się, próbował nabrać powietrza, ale wywołało to u niego jedynie kaszel. Oczywiście tylko pogorszyło to sytuację, jako że z jego ust trysnęła krew. Cofnąłem się, patrząc, jak ten skurwiel osuwa się na podłogę i w powolnych męczarniach wykrwawia się na śmierć.
Xander podszedł do mnie, ale obaj gwałtownie unieśliśmy głowy, słysząc dźwięki czyjegoś krzyku i płaczu. Dobiegał z bliska, a głos należał do kogoś bardzo młodego.
Trochę nam zajęło znalezienie przełącznika otwierającego drzwi. Drzwi wyglądały po prostu jak fragment ściany.
Weszliśmy do ciemnego pokoju, w którym śmierdziało krwią, szczynami i gównem.
– Co to kurwa jest?
Rzucił Xander, gdy obaj rozejrzeliśmy się po wnętrzu. Wszędzie wisiało mnóstwo najróżniejszych narzędzi tortur. Łańcuchy, bicze i wiele więcej.
Na środku podłogi stała czerwona ławka, była cała umazana krwią, a na jej górze i dole znajdowały się łańcuchy.
Wyraźnie wskazywało to na fakt, że przypinał kogoś do tego mebla, i to dość często, sądząc po widocznych śladach zniszczeń.
– O kurwa mać! – rzucił Xander, gdy tylko nasze spojrzenia padły na niego.
– O Bogini, co ten potwór mu zrobił?!
Powiedziałem, w mgnieniu oka czując mdłości na widok tego, co ukazało się naszym oczom.
Jego biedne, drobne ciało drżało w płaczu. Jego małe oczka były mocno zaciśnięte.
Był taki chudy, o Bogini. Tak przeraźliwie chudy! Mogłem dosłownie policzyć każdą jego kość!
Był pokryty krwią; wyglądało na to, że Alfa używał na nim bicza z metalowymi kolcami.
Kiedy taki bicz uderza w skórę, metal się w nią wbija. Więc kiedy się go szarpie, by go cofnąć, zrywa z ofiary całą skórę.
I było jasne, że ten proces powtórzono na niemal każdym milimetrze jego ciała, z wyjątkiem twarzy. Wyglądało na to, że jeśli chodziło o twarz, w ruch wchodziły pięści.
Ale jego nogi, tors i mogę zagwarantować, że również plecy wyglądały najpewniej tak samo.
Wyglądał tak młodo, Bogini, jak mało miał lat?
Podchodziłem do niego powoli, a on tylko skomlał jeszcze głośniej. Jego ciało zaczęło dygotać jeszcze mocniej.
Nawet mimo krwi i brudu mogłem dostrzec, że jego ramiona były niepokojąco blade i wręcz zsiniałe.
Wyglądało na to, że wisiał tu na tyle długo, że cała krew odpłynęła z jego kończyn górnych. Zastanawiałem się, czy w ogóle jeszcze coś w nich czuł.
– Hej, maleńki, nie skrzywdzę cię.
Powiedziałem łagodnie, podchodząc bliżej.
Bałem się go dotknąć, każdy centymetr jego ciała zdawał się sprawiać mu ból. Jego biedna twarz była cała spuchnięta, mieniąc się najróżniejszymi odcieniami fioletu, błękitu i czerwieni.
Wyciągnąłem rękę, ale gdy tylko moje dłonie musnęły jego ciało, przeraźliwie krzyknął, a cała jego sylwetka zadrżała jeszcze mocniej. Wyglądało na to, że próbuje się odsunąć, szarpiąc się w desperackiej próbie ucieczki.
Ale był tak słaby, że ledwie dawał radę się poruszyć.
– Hej, hej, spokojnie. Przysięgam, że nie zrobię ci krzywdy!... Jestem tu, by cię ocalić, by cię stąd zabrać. Musisz mi zaufać, dobrze?
Każdy mój dotyk przyniesie ci ból, bo on aż tak cię skrzywdził. Ale jeśli będziesz się szamotał, kiedy cię chwycę, zaboli cię to tylko bardziej.
Powiedziałem, słysząc, jak z bezsilności załamuje mi się głos, gdy na niego patrzyłem. Rozpaczliwie próbowałem wymyślić sposób, by dotknąć go, nie sprawiając mu bólu. Podszedłem z drugiej strony i poczułem, jak ściska mnie w żołądku – jego plecy wyglądały gorzej niż tors.
Nie było absolutnie żadnej możliwości, bym dotknął go bez zadawania mu bólu.
– Tak mi przykro, że to ci zrobił, nie chcę cię krzywdzić, ale to prawdopodobnie zaboli.
Dodałem, po czym po prostu to zrobiłem. Oplotłem go ramionami, sięgając ponad nim i łapiąc za łańcuch. Szarpnąłem w dół z całej siły, słysząc trzask pękającego żelastwa.
Xander błyskawicznie zjawił się u mojego boku, sięgając w górę, by zerwać drugi.
Zaskomlał żałośnie, gdy tylko go złapałem. Jego ramię opadło bezwładnie wzdłuż ciała. Nawet nie próbował go unieść ani nim poruszyć. Szczerze mówiąc, nie miałem pewności, czy w ogóle zdołałby to zrobić. Gdy tylko zerwano drugie okucie, jego głowa bezwładnie opadła na moje ramię.
Usłyszałem, jak padają kolejne dwa łańcuchy, gdy Xander zrzucił te oplatujące jego kostki.
Zwisał luźno w moich ramionach, nie starając się już nawet poruszać. Po prostu płakał.
To ostatecznie utwierdziło mnie w jednym: ten malec nie miał już dosłownie siły, by z czymkolwiek walczyć.
Xander wrócił po chwili z małym kocem, którym ostrożnie go owinęliśmy, dzięki czemu mogłem go chwycić stabilniej.
Znosząc go po schodach, zdołałem wreszcie przyjrzeć się jego twarzy. Powoli otworzył oczy, a jego błękitne tęczówki wodziły wokół, gdy maszerowałem w dół po stopniach.
Wyglądał na przerażonego, tak potwornie się bał, omiatając wzrokiem otoczenie. Usłyszał jakiś głośny trzask, na co wzdrygnął się i ponownie zaskomlał. Jego twarz znowu opadła na moje ramię, a powieki zamknęły się ze znużeniem.
– Nie martw się, maleńki, jesteś już bezpieczny.
Szepnąłem, wychodząc z nim przez frontowe drzwi na zewnątrz.






