Jego pchnięcia trzęsły nią, niemal ją przewracając, ale jego mocny chwyt utrzymywał ją w stabilnej pozycji.
– Przyjmij to. Przyjmij to. – Sam nie rozpoznawał własnego głosu, tak szorstkiego i zwierzęcego, gdy wchodził w nią raz za razem z siłą, jakiej nigdy by wobec niej nie użył poza bólami pełnej rui. Ale teraz mogła to znieść. Tak, z pewnością.
Galilea krzyknęła tak głośno, że być może dotarło






