KSIĄŻĘ EMERY
Emery był przerażony. Muszę uratować Aurelię! Musimy uciekać!
– Wiem, że tam jesteś, śliczny książę. Czuję twój zapach – rozległ się głos lorda Viktora.
Emery wciągnął z sykiem powietrze, zastygając w miejscu, gdy zza drzwi wyłoniła się imponująca sylwetka lorda Viktora. Jego zimne, martwe szaro-żółte oczy spoczęły na Emerym.
Instynktownie Emery zrobił krok w tył. Potem kolejny.
Lord Viktor uśmiechnął się szyderczo. – Radziłbym ci porzucić wszelkie myśli, które lęgną się w tej twojej małej główce. Nie masz zielonego pojęcia, gdzie jesteś, prawda?
Emery był w stanie jedynie stwierdzić, że znajdują się w najwyższej i najlepiej ufortyfikowanej twierdzy, jaką kiedykolwiek widział. Pokręcił głową z namacalnym strachem.
– Jesteś w Ravenwood – powiedział lord Orion, pojawiając się zza pleców naznaczonego blizną lorda.
Ravenwood?
Tym Ravenwood!?
Nie, na Światło, to nie może się dziać naprawdę.
– C-Cytadela Ravenwood? Dom c-czterech wielkich władców Likaonów. Szepcząca Otchłań ogromnej potęgi? – wypalił Emery, nie mogąc dłużej powstrzymać przerażenia.
Lord Orion parsknął. – Tak nazywają to ludzie. My nie. Ale tak, masz rację. Znajdujesz się w Cytadeli Ravenwood, książę Emery.
– Nie muszę cię uświadamiać, że to najbezpieczniejsze miejsce w Urai, z rozległymi ziemiami, na których mógłbyś się zgubić, gdybyś próbował uciec. – Lord Viktor uśmiechnął się krzywo. – Wir, który by cię pochłonął, byś nigdy więcej nie został odnaleziony. Z Ravenwood nie ma ucieczki.
Emery usłyszał ich słowa, ale jego umysł był pochłonięty znacznie większym strachem.
– Rezyduje tu czterech wielkich władców Likaonów? – zadumał się Emery z przerażeniem.
– Owszem. – Lord Orion zabrzmiał na lekko rozbawionego, przyciągając tym uwagę Emery'ego.
Emery nie miał pojęcia, że powiedział to na głos.
Przysuwając się nieznacznie do lorda Oriona – który wydawał się mniej onieśmielający i stanowił lepszy wybór w tamtym momencie – Emery rzucał czujne spojrzenia naznaczonemu blizną lordowi. – Słyszałem plotki o Likaonach.
– Co dokładnie słyszałeś? – zapytał lord Orion.
– Mówi się, że są zabójczy, nieprzewidywalni i niemal dzicy w swoich działaniach. – Emery wyliczał na palcach, bełkocząc pod wpływem stresu. – Mówi się, że ich zwyczaje godowe są równie brutalne, jak dokonywane przez nich zabójstwa, i choć posiadają dawców krwi, wolą wysysać krew z ludzi. A kiedy ich król oszalał, oni...
– Cudownie. Właśnie to chciałem usłyszeć – dodał lord Viktor suchym tonem.
Lord Orion, wciąż nieco rozbawiony, odezwał się: – Pozostawię poinstruowanie cię lordowi Viktorowi. Muszę udać się na obrady rady.
Co!? Proszę, nie zostawiaj mnie z nim! Emery prawie wykrzyczał te słowa. Lecz mocno przygryzł wargi, powstrzymując się.
Lord Viktor jednakże nie powstrzymywał się. – Przemyśl to, lordzie Orionie. Nie ma mowy, żebym ja...
– Wolałbyś w takim razie, by to lord Zander zajął się tymi wyjaśnieniami? – zapytał cicho lord Orion.
Na szczękach lorda Viktora drgnął mięsień i posłał Emery'emu twarde spojrzenie, jakby faktycznie rozważał taką możliwość.
Lord Orion musiał to wyłapać, gdyż szybko dodał: – Wiesz, że tego nie chcesz. Poza tym, nie zapominajmy o przysłudze, którą jesteś mi winien. Pamiętasz o tym?
Lord Viktor posłał mu wściekłe spojrzenie, a lord Orion posłał mu wilczy uśmiech. – Sądzę, że nadszedł czas, by odebrać dług. Ty przeprowadzasz instruktaż. Ja znikam. – Z tymi słowami lord Orion odszedł sprężystym krokiem, emanując aurą wyrafinowania.
Wreszcie, Emery i lord Viktor stanęli twarzą w twarz.
– Chodź. – Lord Viktor ruszył przed siebie, a Emery podążył tuż za nim.
– Zapomnij o plotkach, które mogły się rozprzestrzeniać w ludzkim świecie. Niektóre mogą kryć w sobie ziarno prawdy, ale większość z nich jest po prostu niedorzeczna. – Lord Viktor wyglądał na lekko poirytowanego. – Nie będę się jednak zagłębiał w obszerną wiedzę o naszym gatunku, gdyż jest zbyt długa do omówienia. Zamiast tego przedstawię ci tylko te informacje, które dotyczą obecności tutaj twojej siostry.
Emery przygotował się na najgorsze.
– Pięćset lat temu, a nawet jeszcze wcześniej, mój lud i ludzie współistnieli w pokoju. Wielki Król Alaric zadbał o to.
Wielki Król Alaric.
Sama wzmianka tego imienia przyprawiła Emery'ego o gęsią skórkę, a jego kolana trzęsły się z ledwo skrywanego strachu.
Był jednym z najstarszych Likaonów, jacy kiedykolwiek stąpali po tej ziemi, a jego reputacja była znana na całym świecie, nawet dzieciom urodzonym w obecnych czasach.
Nie był zaledwie jednym z czterech władców, lecz pierwszym z nich. Najwyższym władcą.
Jego moc i siła były legendarne. Niektórzy wręcz twierdzili, że nie można go zabić.
To imię, Alaric, wlewało przerażenie w serca wszystkich gatunków zamiesyskujących ten świat.
– Jego syn, Alvin, zaprzyjaźnił się z pewnym ludzkim księciem. – kontynuował lord Viktor. – Podczas rozmowy przy kieliszku szampana, Alvin, w stanie upojenia, zdradził księciu tajemnice naszego ludu. Noc Zaćmienia Księżyca.
– Noc, podczas której Likaoni w naturalny sposób zostają przez księżyc pozbawieni swej mocy i siły, prawda? – zapytał Emery, zastanawiając się, czy te plotki były prawdziwe. – Nadchodzi raz na pięćset lat, czyniąc was niezwykle słabymi. Słabszymi niż nowo narodzone dziecko. Podatnymi na atak...
Naznaczony blizną Likaon zatrzymał się i spojrzał na Emery'ego, po czym potaknął i znów ruszył przed siebie. – Tym, czego Alvin nie wiedział, był fakt, że ojciec księcia wykorzystywał syna do zbierania informacji o nas. Król Memphis ostrzył sobie zęby na nasze ziemie. Mówiąc w skrócie, ludzie przełamali nasze linie obrony i zaatakowali nas podczas Nocy Zaćmienia Księżyca, wyrządzając naszemu królestwu znaczne szkody.
Przez oczy lorda Viktora przemknął cień. – Wielu naszych ludzi zostało zabitych. Przetrwanie Likaonów było w dużej mierze zasługą starań czterech władców, a w szczególności Alarica. – Wydawał się nieobecny, jakby widział tamtą noc rozgrywającą się przed jego oczami. – Alaric wytężył resztki swoich sił, by ocalić swój lud. Poświęcił wszystko, co miał... doskonale zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie to przyniesie.
Konsekwencji?
Emery'emu nagle zrobiło się przykro. Ludzie uważali tamtą noc za swoje zwycięstwo. Mówili o niej jako o wielkim osiągnięciu. Lecz słysząc o tym teraz, jawiła się jako coś czysto barbarzyńskiego.
– Po tamtej nocy wszystko uległo zmianie – powiedział lord Viktor. – Wielu Likaonów straciło swoje złączone więzią partnerki i dzieci. Ci, którzy pozostali przy życiu, zostali zahartowani przez tę stratę. Nawet nasza zemsta nie uśmierzyła bólu w naszych sercach.
– Wasz gatunek zmasakrował ludzką populację, zmuszając wielu do ukrywania się. – Emery nie potrafił ukryć goryczy w swoim tonie. – Likaoni wzięli rzesze niewolników i niemalże wyczyścili ludzkie ziemie z kobiet. I to nic nie dało?
Gdy te mrożące krew w żyłach oczy po raz kolejny wbiły się w niego, Emery zamilkł.
– A potem Wielki Król Alaric uległ swojej bestii i popadł w szaleństwo. Jego umysł przepadł bezpowrotnie i tak pozostało przez ostatnich pięćset lat. Z jego strony niebezpieczeństwo grozi teraz tym samym ludziom, dla których poświęcił wszystko. – Lord Viktor skręcił za róg. – Bestia okresowo się zrywa, wpadając w szał okrutnych, brutalnych morderstw. By zapobiec kolejnym stratom, jest trzymana w odosobnieniu tu, w Ravenwood.
Dobrze... to brzmiało jak dobry pomysł. Więc w czym tkwił problem?
– Lecz samo odosobnienie to za mało. By przetrwać, nasze wewnętrzne bestie potrzebują dwóch podstawowych rzeczy: krwi i seksu. – Lord Viktor zlustrował Emery'ego przenikliwym spojrzeniem. – I w tym miejscu wkracza twoja siostra.
– Co takiego? – Z ust Emery'ego wyrwał się pełen niedowierzania szept. – Z pewnością n-nie możesz mówić tego poważnie.
– Powiedz księżniczce Aurelii, by oddała się bestii. Jeśli spisze się dobrze, kto wie? Być może przeżyje kolejny dzień. Niewiele obchodzi mnie rezultat.
Emery padł na kolana, a łzy zamazały mu obraz. – Proszę, lordzie Viktorze, nie poddawaj jej temu. Być niewolnicą seksualną? Dla bestii... bestii króla? Moja siostra zginie!! – wrzasnął, a jego słowa zabarwione były gniewem.
Lord Viktor nawet nie mrugnął okiem. – Powodzenia w próbach ucieczki z Ravenwood. Za każdą taką próbę spotka cię kara w postaci pięćdziesięciu uderzeń biczem. – Z tymi słowami odwrócił się na pięcie i odszedł sprężystym krokiem.
Złość wzięła górę nad przerażeniem i Emery rzucił się za nim, lecz żołnierze Likaonów zagrodzili mu drogę.
– Za kogo ty się uważasz!? – wykrzyczał Emery. – Myślisz, że jesteś na tyle wszechpotężny, by dyktować losy żywych istot!? Jesteście niczym więcej jak tylko bestiami! Jesteś potworem, lordzie Viktorze!
Lord Viktor zatrzymał się w progu, zerkając przez ramię. – To komplement, ludzki książę. A dla ciebie jestem Wielkim Lordem Viktorem.
Emery zamarł.
Wielkim Lordem?
To znaczy jednym z czterech władców Likaonów, TYM WIELKIM LORDEM!?
Święci Bogowie Światła, jesteśmy zgubieni.






