Ruszam prosto do stoiska z deserami i idę na całość. Cronuty, ptysie, stos posypanych cukrem pączków beignets, podwójnie czekoladowe ciastko wielkości mojej dłoni i mały papierowy rożek churrosów. Układam to wszystko na stercie, a kobieta przy kasie posyła mi spojrzenie mówiące, że jest to albo imponujące, albo szalenie nieodpowiedzialne. Puszczam do niej oko i wyciągam portfel. – Wszystko – mówię






