Górska droga wiła się tym ciaśniej, im wyżej się wznosiliśmy, serpentyny skręcały przez ściany zieleni. Listowie napierało tak gęsto, że wydawało się, iż drzewa strzegą tego, co leży przed nami, ukrywając to, dopóki nie udowodnimy, że zasługujemy, by to zobaczyć. Podjazd pojawił się niemal znikąd, żwir chrzęścił pod oponami, gdy na niego skręciliśmy; był długi i zadaszony, gałęzie tworzyły łuk nad






