Lina wrzynała mi się w dłonie, gdy ciągnęłam ciężar przez podwórze. Świnie poruszyły się, zanim jeszcze mnie zobaczyły, ich niskie pomruki przeszły w chciwe kwiki, które niosły się echem pośród drzew. Zagroda stała krzywo na skraju polany, płot łatany tuzin razy znalezionym drutem i gnijącymi deskami. Błoto wokół było gęste, nawarstwione latami deszczu i tego, co świnie po sobie zostawiają. Dla wi






