– Julius, ty... – Quinn ledwo się cofnęła, słowa musnęły jego usta, zanim znów ją pochwycił, połykając cokolwiek, co zamierzała powiedzieć.
Lgnął do niej jak wędrowiec umierający z pragnienia, który znalazł jedyne źródło w promieniu wielu mil.
Quinn zamrugała, po czym poddała się, obejmując dłonią tył jego głowy i kojąc go cierpliwymi, niespiesznymi pociągnięciami.
Jego grdyka drgnęła; powieki opa






