KAT
Kostas miał na sobie pełny mundur galowy – ciemnoniebieską kurtkę wojskową, pleciony sznur bety przez ramię i medale lśniące na piersi. Peleryna w odcieniu królewskiego błękitu powiewała za nim, gdy niczym podekscytowane dziecko przeskakiwał ostatnie kilka stopni na schodach.
I był podekscytowany. Nie potrzebowałam zmysłów, by to zauważyć. Jego twarz rozjaśniła się, jakbym właśnie wręczyła mu






