Otworzyłem oczy i znalazłem się w nieznajomym lesie. Cieszyłem się, że nie była to ciasna przestrzeń zamku, o której zazwyczaj śniłem. Drzewa rosły tu wyższe niż w domu i tworzyły znacznie gęstszy baldachim. Nawet pachniało tu inaczej. Powietrze wciąż było czyste i rześkie, ale drzewa były inne, trawa też była inna.
Moje stopy były bose, a na sobie miałem dresy, w których padłem do łóżka po pryszn






