Sen zaczyna się jak tonięcie.
Nie wpadam w niego – jestem wciągana, powoli i bezszelestnie, coraz głębiej i głębiej, jakby grawitacja morza odnalazła moje kości i uznała mnie za swoją. To rodzaj opadania, który nie przypomina upadku, lecz powrót. Jakby to miejsce na mnie czekało.
Nie ma oporu. Nie ma strachu. Tylko cisza. I uczucie narastającego wokół mnie ciśnienia, delikatnego, lecz nieustępliwe






