Zaczynamy wracać w stronę wejścia, kiedy to słyszę.
Najpierw cicho. Jak przesuwający się żwir w oddali. Słabe drapanie, kliknięcie, prawie zbyt ciche, żeby je wychwycić. Ale każdy włos na karku staje mi dęba.
Potem się to zwielokrotnia.
Nie dziesiątki – setki.
Dźwięk narasta, dziwnie odbijając się echem w pustym kamieniu wokół nas, jak tysiąc szkieletowych palców stukających o ściany.
Axel zamiera






