Zaraz rzygnę.
Nie, mówię poważnie. Ciężar w mojej piersi przypomina pięść zaciskającą się na płucach i im dłużej tu stoję, tym staje się cięższy. Moja iluzja jeszcze nie znikła. Zostało mi jakieś – co? Dziesięć minut? Siedem?
Nie mam, kurwa, pojęcia.
Unoszę rękę i pukam. Tylko raz. Cicho. Prawie uprzejmie. Rodzaj pukania, jaki wydaje z siebie służący, który pragnie zachować głowę na swoim karku.
L






