Przywiązują moje nadgarstki do żelaznego krzesła, na tyle mocno, by lina wpiła się w kość. Metal jest zimny, ale w pokoju panuje zaduch – przesiąknięty żarem od rozżarzonego pręta leżącego w swoim uchwycie obok węgli. Buczy, jakby żył.
Naprawdę przynieśli żelazo do piętnowania.
Czuję ten zapach. Spalona skóra kogoś, tylko bogowie wiedzą kogo, przede mną. Smród przypieczonej krwi wżarty w te pieprz






