Zasłony trzasnęły jak bicze, a nocne powietrze wlało się do komnaty z taką gwałtownością, że świece zamigotały i przygasły. Malakai poruszył się, zanim zdążyłam wziąć oddech; jego dłoń zacisnęła się na drzwiach balkonowych, szarpiąc je i otwierając na oścież.
"Kto tam?" – ryknął, a w jego głosie pobrzmiewał rozkaz.
Podniosłam się z łóżka, choć każdy mój nerw już wiedział. Cienie na zewnątrz nie na






