PUNKT WIDZENIA SERAPHINY
Alistair wręcza kwiaty jednej z pokojówek, prosząc, by włożyła je do wazonu czy czegoś w tym stylu. Odchrząkuje, ponosząc sromotną porażkę w próbach ukrycia zakłopotania przed matką, siostrą i służbą.
– Te kwiaty nie były dla ciebie – mówi twardym głosem, wpatrując się we mnie przez krótką chwilę. Ledwo cokolwiek czuję, kiedy to mówi, bo tak naprawdę już mnie to nie obchodzi. Chcę po prostu wynieść się z tego domu i nigdy więcej tu nie wracać. Nie zależy mi nawet na reszcie moich rzeczy, których jeszcze nie spakowałam; chcę po prostu odwrócić się plecami do tego okropnego życia. Słyszę, jak Vivienne parska śmiechem.
Alistair wygląda, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale ostatecznie rezygnuje i odwraca się do matki.
– Mamo, proszę, oddaj jej tę bransoletkę.
Kobieta prycha i uparcie kręci głową.
– Nie pozwolę jej z tym wyjść.
Alistair chrząka ze zniecierpliwieniem, co jest znakiem, że powoli traci panowanie nad sobą.
– Nigdy wcześniej nie widziałem tej bransoletki, matko, należy do Seraphiny. Proszę, oddaj ją.
Matka Alistaira nie rusza się od razu, by wykonać polecenie, ale kiedy w końcu to robi, rzuca bransoletką we mnie z zirytowanym prychnięciem. Łapię ją w dłonie, podczas gdy ona wraca, by usiąść w tej samej pozycji, w której zastałam ją, gdy po raz pierwszy weszłam do salonu.
Padam na kolana obok bałaganu, jaki pokojówki zrobiły z moich ubrań, i zaczynam je z powrotem układać. Śpieszę się, żeby móc jak najszybciej stąd wyjść i powstrzymać powtarzające się ukłucia upokorzenia. Alistair, stojący tam i po prostu patrzący, jak sprzątam bałagan zrobiony przez jego matkę, bez słowa przeprosin ze strony któregokolwiek z nich, tylko potęguje to rosnące poczucie hańby.
Gdy kończę, wstaję i staję z Alistairem twarzą w twarz. Mam przed oczami te same ubrania, które miał na sobie wcześniej na cmentarzu, co przypomina mi o wszystkich powodach, dla których podejmuję najlepszą decyzję w moim życiu.
– Tak jak mówiłam wcześniej, między nami koniec. Papiery rozwodowe i moje wypowiedzenie wkrótce do ciebie trafią – mówię, ignorując to, jak wykrzywia mu się twarz. – Żegnaj, Alistair.
Odwracam się, zanim w ogóle zdążę usłyszeć jego odpowiedź. Nie chcę patrzeć na Alistaira, już nie. Odchodzę od niego, kierując się prosto do drzwi i naciskając klamkę po raz – jak mam nadzieję – ostatni.
Zaledwie stawiam krok za próg, gdy silna dłoń Alistaira chwyta mnie za ramię i obraca tak, bym na niego spojrzała. Pracowałam z nim przez siedem lat, z czego przez cztery byłam tylko jego sekretarką, i to wystarczyło, bym poznała, jakim człowiekiem jest Alistair Sterling. Zazwyczaj jest opanowany, a jego pusta twarz pokazuje, jak bardzo ma wszystko pod kontrolą.
Teraz jednak Alistair ani nie jest opanowany, ani nie ma niczego pod kontrolą. Wygląda, jakby stracił grunt pod nogami, a znaczenie tych słów nie ma już dla niego żadnego znaczenia, gdy mocno zaciska palce na moim ramieniu. Szarpię się, próbując wyrwać się z jego uścisku.
– Puść mnie – warczę na niego, ale Alistair tylko mruży oczy, a gniew płonie w jego błękitnych spojrzeniu.
– Nie możesz tak po prostu odejść, Seraphino – warczy.
– Nie możesz mi mówić, co mam robić, Alistair. A przynajmniej już nie. Puść mnie!
– Czy to w ogóle ma dla ciebie jakikolwiek sens?! – krzyczy mi prosto w twarz, puszczając moją rękę, by przeczesać dłonią włosy. – Nie możesz mi tak po prostu zrzucić na głowę takiego gówna.
– To nie jest zrzucanie na głowę, skoro oboje wiedzieliśmy, że to nadejdzie, od samej chwili wypowiedzenia przysięgi, którą ty zresztą już złamałeś. Oboje wiemy, że to małżeństwo nigdy nie powinno się wydarzyć, więc oszczędź mi tych bzdur i pozwól mi odejść – mówię, praktycznie kipiąc ze złości, po czym odwracam się, by po raz kolejny spróbować wyjść.
– A co z dziadkiem? Podejmujesz tak ogromny krok bez porozmawiania ze staruszkiem, który w ogóle to wszystko zaaranżował. Z człowiekiem, który był dla ciebie wyłącznie dobry.
Odwracam się z powrotem do Alistaira, nienawidząc jego prób wzbudzenia we mnie poczucia winy. Moje myśli na chwilę wędrują ku jego dziadkowi i próbuję sobie wyobrazić reakcję staruszka na to, że składam pozew o rozwód, skoro tak bardzo mu na mnie zależy. Nie waham się jednak. Nie pozwolę, by te myśli stanęły między mną a moją wolnością. Odmawiam przedłożenia cudzego życzenia nad własne szczęście.
– Porozmawiam z dziadkiem. Uwierz mi, nie masz się o co martwić – mówię i wykonuję kolejną próbę odejścia, ale oczywiście Alistair nie poddaje się i odzywa się ponownie.
– Nie podpiszę tego, Seraphino. Nie podpiszę tych cholernych papierów!
– Co z tobą do diabła nie tak? – wykrzykuję swoją frustrację. – Dlaczego po prostu nie pozwolisz mi odejść?
Wpatruje się we mnie, a jego oczy płoną uporem.
– Nie podpiszę papierów i nie przyjmę twojej rezygnacji. W firmie obowiązują zasady, których musisz przestrzegać, i nie możesz tak po prostu zdecydować się na rezygnację bez wcześniejszego uprzedzenia, zwłaszcza gdy w biurze jest mnóstwo pracy, za którą ci płacę!
Prycham, nie mogąc uwierzyć w jego bezczelność. Nie mogąc pogodzić się z jego samolubnym myśleniem i absolutnym brakiem skruchy za rzeczy, które zrobił.
– Masz Vanessę, prawda? – rzucam w niego, a jego brwi marszczą się w skupieniu.
– Co to w ogóle ma znaczyć?
– Wszyscy uwielbiają Vanessę. Jest mądra, piękna i może wykonać za ciebie twoją pracę, i och, nie zapominajmy o fakcie, że jest również w ciąży z twoim dzieckiem! Czyż to nie idealne?
Matka Alistaira zrywa się z miejsca z zaskoczeniem wypisanym na twarzy. Oczywiście, dopiero teraz dowiaduje się o swoim nadchodzącym wnuku.
– Alistair, czy to, co ona mówi, to prawda? Będziesz miał dziecko? – pyta Vivienne z ekscytacją.
Wyraz twarzy Alistaira niczego nie zdradza. Mężczyzna nawet nie zaszczyca matki ani siostry spojrzeniem. Wciąż patrzy prosto na mnie.
– Seraphino, to, co wydarzyło się między mną a Vanessą, nie było celowe, to po prostu...
– Nie waż się jej usprawiedliwiać! Kogo obchodzi, co ona myśli? Vanessa jest tą, na którą zawsze zasługiwałeś. Jedyną kobietą, która faktycznie zasługuje, by być moją synową – wtrąca się matka Alistaira, obdarzając mnie przy tym paskudnym spojrzeniem, które już mnie nawet nie zaskakuje.
Wzruszam ramionami w stronę Alistaira, by pokazać mu, że miałam rację. Wszyscy chcą Vanessy, z nim włącznie, a on nie potrafi nawet się zmusić, by temu zaprzeczyć. Kontynuuje ignorowanie matki.
– Seraphino, to był wypadek – mówi ponownie, a ja kiwam głową, jakbym zgadzała się z jego słowami.
– Trzy lata temu nie myślałeś w ten sam sposób. Nie sądziłeś, że przypadkowo się ze mną przespałeś, ale zamiast tego wierzyłeś, że posunęłam się do tego, by cię odurzyć, żeby tylko z tobą spać. Co się zmieniło, Alistair? Bo jedyne, co teraz widzę, to żałosny hipokryta i tchórz, który woli obwiniać innych za swoje błędy.
Kiedy tym razem odwracam się do niego plecami, nie przestaję iść. Nie oglądam się za siebie.
– Seraphino! Seraphino, wracaj tu, dopóki wciąż jestem miły. Seraphino, przysięgam na Boga, jeśli wyjdziesz przez te drzwi, nie wezmę cię z powrotem, nawet jeśli padniesz na kolana. Potrzebujesz mnie, Seraphino. Nie przetrwasz beze mnie!
Alistair krzyczy za mną, ale nie przestaję iść, ponieważ jego aroganckie słowa tylko podsyciły moje pragnienie, by uciec od niego tak szybko, jak to możliwe. Odcinam się od reszty jego słów, otwieram drzwi i witam mój spokój oraz wolność.
Nigdy nie wrócę do tej smutnej rzeczywistości.






