Odwróciła się gwałtownie, a jej suknia zamiotła ścieżkę ogrodu, gdy stanęła twarzą w twarz z księciem Likatian.
Czuła bijącą od niego siłę i autorytet, a przez krótką chwilę zagubiła się w nagłym wirze pożądania i tęsknoty.
Jego czarne, długie włosy i smoking lśniły w blasku księżyca, gdy stał oparty o drzewo. Patrząc na niego, nie mogła powstrzymać uderzenia gorąca na twarzy.
Gęsia skórka pokryła jej ramiona; czuła się całkowicie obnażona, choć była w pełni ubrana. Jego oczy utkwione były w jej oczach, a ona mrugała gwałtownie.
Drżała, jakby zobaczyła ducha. – Ta... Tak, jestem przyszłą Luną – wykrztusiła cicho.
Zaczął iść w jej stronę, nic nie mówiąc. Choć serce waliło jej teraz w piersi, stała bez ruchu.
Coś w jego głębokim spojrzeniu i cieniach kładących się na jego twarzy przyciągało ją do niego. Jednocześnie nagle uświadomiła sobie, jak daleko odeszła od siedziby watahy i jak bardzo jest sama.
Sala w rozświetlonym, ciepłym domu watahy tętniła życiem, dźwiękami orkiestry smyczkowej i śmiechem setek gości. Dlaczego on wyszedł? Czy poszedł za nią? Dlaczego?
Zatrzymał się tuż przed nią, ich ciała dzieliły zaledwie centymetry. Nożałdrza Lyry wypełnił jego zapach, a jej wilczyca poruszyła się w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła.
Musiał ważyć niemal dwa razy tyle co ona, był tak umięśniony i szeroki w barach. Był tak wysoki, że czubek jej głowy ledwie sięgał mu do ramienia.
Jego błękitne oczy lśniły, gdy przemówił. – Jesteś tu sama, maleńka? – Jego głęboki, dudniący głos poniósł się po ogrodzie.
Chłód przebiegł po jej ramionach, sprawiając, że lekko zadrżała. Maleńka? Sposób, w jaki to wypowiedział, przyprawił jej ciało o dreszcz. Jego basowy głos wciąż brzmiał jej w uszach. Skinęła głową, zanim zdążyła pomyśleć. – Chciałam zaczerpnąć powietrza. Dlaczego tu jesteś? Nie bawisz się dobrze na ceremonii?
Jego usta wygięły się w górę, w delikatnym i zmysłowym uśmiechu. Wpatrywała się w jego różowe, wąskie wargi, zanim spłoszona odwróciła wzrok. Potem znów przyciągnęły ją jego błękitne oczy, które zdawały się skupione wyłącznie na niej.
– Ale ty też nie jesteś w sali. Jesteś sama – powiedział. – Czy ty nie bawiłaś się dobrze? – zapytał cicho.
– Bawiłam się – skłamała. – Zaraz tam wracam.
Jego uśmiech nagle zmienił się w grymas. – To drugie kłamstwo, jakie usłyszałem z twoich ust w ciągu minuty w tym ogrodzie. Nie lubię kłamców.
Przełknęła ślinę i cofnęła się o krok. Odpowiedziała tylko na dwa jego pytania. Skąd wiedział, że kłamie?
– Nie kłamię – powiedziała, unosząc dumnie podbródek. – Powinnam już wracać do sali.
On jednak zrobił krok naprzód, niwelując dystans między nimi. – Trzecie kłamstwo – mruknął, pochylając się ku niej. – Dlaczego boisz się mówić prawdę?
Choć jej usta drżały, wykrztusiła: – Nie wiem, o czym mówisz.
Uniósł palec i musnął jej podbródek. Lyra próbowała udawać, że nie czuje napięcia i mrowienia wywołanego jego dotykiem. Próbowała zachować się tak, jakby nie zauważyła reakcji swojej wilczycy. Jak on to robił?
– Głęboko wierzę, że przyszła Luna każdej silnej watahy byłaby już naznaczona przez swojego partnera – powiedział z chłodnym uśmiechem. – Nie uważasz?
Lyrze nagle zaschło w ustach, a w gardle poczuła pieczenie. Wiedziała, że to nie przypadek. Książę już wiedział, że Kaelen jej nie naznaczył.
Nie mogła jednak stracić czujności. A co jeśli tylko ją prowokował, by wyciągnąć prawdę? Wciąż mogła trzymać się kłamstwa i pozorów.
– Trudno mi uwierzyć, by jakakolwiek przyszła Luna pozostała nienaznaczona. Alfa, który naprawdę pragnie swojej partnerki, natychmiast by ją do siebie przypisał – odparła oschle.
Te słowa raniły jej własne serce, gdy je wypowiadała. Nie była ani przyszłą Luną, ani nie została naznaczona przez swojego partnera. Była tylko niechcianą Omegą, która przez lata miała pozostać sama.
– A jednak – powiedział, zakładając jej pasmo włosów za ucho – on wciąż cię nie uznał ani nie naznaczył. Dlaczego? Czyżby cię nie pożądał?
Jego słowa huczały jej w uszach, sprawiając, że zachwiała się w tył. Potwierdził jej największy lęk. Wiedział, że nie ma znaku, podobnie jak jasnowidzka. Zostanie wyrzucona z watahy i nie będzie miała dokąd pójść.
Gorące łzy zapiekły ją pod powiekami, ale walczyła z nimi. Wciąż mogła udawać, prawda?
– Nie wiem, o czym...
– Ciiii – uciszył ją, kładąc palec na swoich ustach. – Nie musisz mnie okłamywać ani się bać, Lyro.
Sposób, w jaki wypowiedział jej imię, brzmiał egzotycznie. Przełknęła ślinę, gdy powoli ujął jej twarz w dłonie i zbliżył się jeszcze bardziej; ich usta dzieliły cale.
– Jestem Valerius – powiedział z uśmiechem. Potem jego uśmiech powoli zgasł, gdy wziął głęboki oddech. – Czuję jego zapach na tobie.
Oczy Lyry lekko się rozszerzyły. Dlaczego brzmiał tak, jakby niemal gniewało go to, że czuć na niej Kaelena?
– Powinnam iść – powiedziała, próbując się odsunąć, ale on chwycił ją w talii i przyciągnął z powrotem do siebie.
– Nienawidzisz tej ceremonii, więc po co chcesz tam wracać? – zapytał. – Zostań ze mną. Tam w środku można się udusić.
„Zostań ze mną” – jego słowa odbijały się echem w jej głowie. Nie była przyzwyczajona do bycia w centrum uwagi jakiegokolwiek mężczyzny, a co dopiero kogoś tak zapierającego dech w piersiach jak Valerius.
– Muszę wracać. Mój partner...
– On nie jest twoim partnerem! – warknął Valerius, przerywając jej. – I ty o tym wiesz. Dlaczego udajesz jego partnerkę, skoro on nie ma zamiaru cię naznaczyć?
Gorące łzy napłynęły jej do oczu. – Jasnowidzka – szepnęła. – Czy ona wie, że nie jesteśmy połączeni? Czy wyjawi to podczas ceremonii?
Valerius uniósł brwi. – Wie – powiedział. – Czekaj, to dlatego udajesz, że z nim jesteś? Jasnowidzka nic takiego nie zrobi... no, chyba że ja ją o to poproszę.
Złapała gwałtownie powietrze. – Dlaczego miałbyś to robić? Proszę, nie niszcz dzisiejszego wieczoru. Jeśli coś pójdzie nie tak, zostanę wyrzucona z watahy.
Lyra widziała wyraźny gniew na jego twarzy. – Jaki mężczyzna odrzuciłby taką kobietę jak ty? – wydechnął.
Lyra zaśmiała się bolesnym śmiechem. – Jeśli próbujesz sprawić, bym poczuła się lepiej, to nie działa.
– Nie próbuję sprawić, byś poczuła się lepiej – odparł. – On na ciebie nie zasługuje, a teraz ja zamierzam mu cię odebrać.
Jej oczy rozszerzyły się z szoku. – Co? Co masz na myśli? – zapytała niemal niesłyszalnie.
– Od momentu, gdy wszedłem do sali i cię zobaczyłem, wiedziałem, że znalazłem to, czego szukałem przez te wszystkie lata.
– Mnie?
– Tak, ciebie – powiedział, gładząc ją po włosach. – Czekałem lata, by cię odnaleźć, a teraz, gdy już cię mam, nigdy cię nie puszczę.
– Nie rozumiem – odpowiedziała, a jej klatka piersiowa gwałtownie się unosiła.
– Lyro, jesteś moją Aethelis – powiedział, a jej szczęka opadła. – Jesteś moja. Jesteś wszystkim, na co czekałem.
Lyra zamarła z osłupienia. Czy dobrze usłyszała? Czy była mu przeznaczona? Czy Bogini Księżyca naprawdę dała jej drugą szansę?






