Lyra obserwowała, jak goście tłumnie przybywają do siedziby watahy na ceremonię Czerwonego Księżyca. Stała u boku Kaelena, który witał Alfów z różnych watah.
Zgodnie z oczekiwaniami, ona również musiała ich ciepło pozdrawiać. Obecnych było ponad siedemdziesiąt watah, a na miejsce dotarło około stu osób.
Lyra nigdy w życiu nie widziała tak wielu wilkołaków zgromadzonych na jednej uroczystości. W końcu ceremonia Czerwonego Księżyca zdarzała się rzadko.
Choć po raz pierwszy w życiu czuła się ważna, nie mogła pozbyć się wrażenia, że tu nie pasuje.
Wszystko w siedzibie tchnęło elegancją, a ona wiedziała, że to nie jej świat. Każdy obecny był albo członkiem królewskiego rodu, albo partnerem kogoś takiego. Ona była jedynym mieszańcem i jedyną odrzuconą partnerką w tej sali.
Kątem oka obserwowała Kaelena. Nie poświęcał jej żadnej uwagi, jedynie co jakiś czas posyłał jej sztuczny uśmiech, by podtrzymać pozory ich planu. Patrzyła, jak rozmawia z innymi Alfami i liderami. Wyglądał szarmancko w smokingu, pogrążony w rozmowie z grupą młodych mężczyzn.
Powinna być wniebowzięta, że uczestniczy w ceremonii jako jego partnerka. Jednak patrząc na niego z drugiego końca sali, zrozumiała, że nie potrafi być szczęśliwa. Ręce jej drżały, a na czole perliły się krople potu.
W jej głowie kłębiło się mnóstwo pytań. Co, jeśli jasnowidzka ich przejrzy? Co, jeśli wyczuje, że nie są połączeni? Jakie będą konsekwencje ich kłamstwa?
– Bardzo wystawna ceremonia – powiedziała Morgaine za jej plecami, po czym skrzywiła się. – Ale, Lyro, dlaczego twój partner nie jest przy tobie? Czy zupełnie go nie obchodzi, jak ładnie dziś wyglądasz? – szydziła, a jej przyjaciółka Syllia, partnerka przyszłego Bety, zachichotała obok niej.
– Rozmawia z gośćmi – odparła Lyra, poprawiając suknię, która nagle wydała jej się zbyt ciężka. – Nie sądzę, by miał dziś czas stać przy moim boku.
– Och, a dlaczego niby miałby to robić? – wtrąciła Syllia. – Aż mnie oczy bolą, gdy widzę cię w tej sukni. Ble.
– Powinnam...
Lyrze przerwał głośny dźwięk trąby. W sali zapadła cisza, a wszystkie głowy, w tym jej własna, zwróciły się ku wejściu.
– Król Likatian oraz wszyscy członkowie rodu królewskiego Likatian przybyli!!! – ogłosił trębacz.
Kaelen dał Lyrze znak, by podeszła, a ona pospiesznie usłuchała. Nadszedł czas na ich najważniejszy występ. Jasnowidzka towarzyszyła rodzinie królewskiej Likatian.
Lyra stanęła obok Kaelena, gdy witali gości. Jeden po drugim wchodzili do sali, a inni Alfowie składali im pokłon.
Król Likatian był władcą świata nadprzyrodzonego. Był potężniejszy niż ktokolwiek w tej sali, podobnie jak jego rodzina.
– Witamy w naszej watasze. Jestem Alfa Vane, przywódca tej wspaniałej watahy. A to mój syn, Kaelen Vane, i jego partnerka, Lyra – powiedział Kaelen, kłaniając się królowi Likatian. – Mam nadzieję, że spędzicie u nas miło czas.
– Dziękujemy za ciepłe powitanie – odparł król Likatian.
Lyra przykleiła do twarzy szeroki uśmiech, kłaniając się i witając króla. To samo uczyniła wobec królowej, gdy ci przechodzili obok.
Gdy podniosła głowę, by przywitać kolejnego członka rodu, jej spojrzenie napotkało głębokie, elektryzujące błękitne oczy wpatrujące się w nią intensywnie. Przez chwilę zapomniała, jak się oddycha.
Mężczyzna stojący przed nią był najprzystojniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziała. Mimo prób odzyskania rezonu, stała jak rażona piorunem.
Jego włosy były czarne jak kruk i idealnie opadały na twarz. Oczy, o głębi i przejrzystości oceanu, były urzekające. Zdawały się rzucać urok na każdego, kto dostanie się pod ich badawcze spojrzenie. Miał jastrzębi nos, który podkreślał jego atrakcyjność. Kości policzkowe, wsparte na mocnej szczęce, wyglądały jak wyrzeźbione przez mistrza.
Zdawał się być ulepiony z innej gliny niż pozostali mężczyźni w sali. Było w nim coś, czego Lyra nie potrafiła zignorować. Jej wzrok przesuwał się powoli od smokingu, który promieniował władzą, aż po buty. Jego jedyną „wadą” było to, że emanował zbyt dużą energią i wręcz odurzającym urokiem.
Kaelen chrząknął cicho, wyrywając Lyrę z zamyślenia. Poczuła zawstydzenie, próbując odzyskać panowanie nad sobą.
– Witamy w naszej watasze – wykrztusiła niemal szeptem. Jej głos nagle odmówił posłuszeństwa. – Ufam, że będziecie się dobrze bawić.
Uśmiechnął się blado, po czym skwitował to lekkim skinieniem głowy. Gdy przechodził obok, poczuła jego zapach, a w jej żołądku zatrzepotały motyle.
Jasnowidzka nie czekała na oficjalne powitanie, lecz przeszła szybko obok. Nawet nie spojrzała na Lyrę, co sprawiło, że dziewczyna poczuła się nieco lepiej.
Wracając na środek sali tronowej, Lyra zajęła miejsce obok Kaelena. Wszyscy Alfowie i oczekiwani goście już przybyli, a ceremonia miała się właśnie rozpocząć.
Alfa Vane wstał, by przemówić do gości. – Dziękuję wam wszystkim za przyjęcie zaproszenia. To zaszczyt gościć tym razem ceremonię Czerwonego Księżyca...
Gdy mówił, Lyra próbowała unikać patrzenia na księcia Likatian, ale nie mogła się oprzeć. Jej wzrok błądził po sali, aż w końcu spoczął na nim.
Niemal głośno westchnęła, gdy zobaczyła, że on znów się w nią wpatruje. Czuła żar bijący z intensywności jego spojrzenia. Patrzył na nią, nie mrugając nawet powieką.
– Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy otrzymamy wiele błogosławieństw od Bogini Księżyca – zakończył przemowę Alfa Vane, a w sali wybuchły brawa.
Kątem oka Lyra dostrzegła, jak książę Likatian szepcze coś do jasnowidzki. Wtedy ta odwróciła się w jej stronę z ostrym spojrzeniem.
Jej serce zaczęło walić w piersi jak oszalałe. Czy książę lub jasnowidzka mogli coś wyczuć? Czy wiedzieli, że nie została jeszcze naznaczona?
Nie potrafiła cieszyć się łagodną muzyką grającą w tle, tak jak robili to inni. Nie mogła też ostrzec Kaelena o zachowaniu gości.
Wiedziała, że on zareagowałby zbyt gwałtownie, a Alfa oskarżyłby ją o zrujnowanie ich mistyfikacji. Musiała więc silić się na uśmiech i udawać, że docenia tę duszną uroczystość.
Nie potrafiła się jednak zrelaksować, być może przez to, jak jasnowidzka i książę wciąż na nią patrzyli. Czy już wiedzieli?
Mówiła sobie, że to tylko nerwy, ale mimo że przestała na nich spoglądać, z każdą minutą stawała się coraz bardziej niespokojna.
W czerwonej sukni i z diamentową tiarą lśniącą na głowie powinna czuć się jak idealna przyszła Luna. Zamiast tego czuła się mała i przerażona.
Drżącą ręką odstawiła szklankę wody na tacy przechodzącego kelnera. – Wyjdę na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza – szepnęła do Kaelena.
– Dlaczego? Co kombinujesz?
– Nic. Proszę, daj mi chwilę. Samej...
Odwróciła się i opuściła salę tak szybko, jak tylko mogła. Przebiegła przez puste korytarze siedziby i wyszła w mroźną, zimową noc.
Gdy znalazła się na zewnątrz, odetchnęła głęboko. Przeszła przez hol i weszła do cichego ogrodu. W końcu była sama, z dala od świdrujących oczu jasnowidzki.
– Proszę, proszę – zamknęła oczy i modliła się cicho – niech ten dzień zakończy się pomyślnie.
– A więc... to ty jesteś przyszłą Luną – odezwał się niski głos za jej plecami. Jej oczy gwałtownie się otworzyły i natychmiast się odwróciła.
Tuż przed nią stał książę Likatian.






