languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Aeliana Moreau 29 cze 2026

{Perspektywa Ryka}

Siedziałem w swoim gabinecie, gorączkowo pocierając dłońmi twarz. Nie mogłem w to uwierzyć – Macy dostała drugą szansę, i to w samą noc Ceremonii Alfy. Bogini Księżyca miała jakiś chory i okrutny sposób na karanie mnie. Widziałem, co stało się z nią ubiegłej nocy, ale tego nie powstrzymałem. Nie miałem powodu, przecież ją odrzuciłem. Była dla mnie nikim, a jednak nie potrafiłem opanować wściekłości na matkę i siostrę za to, jak ją skrzywdziły. Chciałem je powstrzymać, ale coś mnie zablokowało. Czy to dlatego, że nie była już moją przeznaczoną? Ale skoro tak, to dlaczego w ogóle chciałem je powstrzymać?

Na wieść o tym, że Macy została partnerką samego Callana Mercera, Alfy watahy Shadow Creek, krew we mnie zawrzała. Dlaczego? Spośród wszystkich pieprzonych wilków na świecie, dlaczego Bogini Księżyca oddała mu właśnie Macy?

– Macy – szepnąłem do siebie jej imię. – Moja piękna… – Cholera! Dlaczego nie potrafię wyrzucić jej z głowy? Dlaczego w ogóle mnie to obchodziło? Była nikim. A przynajmniej tak mi się wydawało. Przez ostatnie osiem lat Macy ukrywała sekret, i to ogromnej wagi. Była córką Alfy, i to nie byle jakiego. Alfy watahy Iron Stream, tej samej, którą zniszczył mój ojciec. To mój ojciec sprowadził Macy do naszego domu. Pamiętam to, jakby to było wczoraj.

Macy, taka malutka i krucha, pokryta sadzą i ziemią po upadku swojej watahy. Pamiętam, jak ojciec zapytał ją o imię, a ona odpowiedziała, że nazywa się Mace Rae, ale woli, by mówić na nią Macy. Pamiętam, że wtedy wydała mi się urocza, niczym chodząca i mówiąca lalka. Chciałem się z nią zaprzyjaźnić, ale ojciec mi zabronił. Powiedział, że będzie niewolnicą w domu watahy, bo jest samotniczką. Nawet w młodym wieku dziesięciu lat wpajano nam, że samotnicy są brudni i obrzydliwi, więc trzymałem się na dystans. Jednak z biegiem lat wyrosła na kogoś piękniejszego, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Właśnie dlatego wszystkie wilczyce jej nienawidziły. Nawet sparowani już samcy zawieszali na niej oko. Czekali tylko, aż skończy osiemnaście lat, podczas gdy inne samice bez przerwy ją biły.

Nigdy nie pozwalano jej na pomoc lekarza, więc musiała dochodzić do siebie sama. Współczułem jej, naprawdę, ale jako przyszły Alfa tej watahy musiałem trzymać się z daleka, bo tego mnie uczono. Samotnicy są brudni, plugawi i obrzydliwi. Dlaczego więc Bogini Księżyca uczyniła ją moją partnerką? Ponieważ była Alfą z krwi. Nie była tylko jakąś samotniczką, którą mój ojciec przygarnął po bitwie – była żywą, oddychającą spadkobierczynią watahy Iron Stream, a ja odrzuciłem ją bez mrugnięcia okiem.

Teraz to, co miało należeć do mnie, spoczywało w ramionach innego. Sama myśl o tym, że Mercer mógłby dotykać Macy, sprawiała, że Grim burzył się z wściekłości. Nie odezwał się do mnie ani słowem od poranka, w którym ją odrzuciliśmy. Choć więź została zerwana, obaj wciąż za nią tęsknimy. Mimo wszystkich gorących i seksownych wilczyc odwiedzających naszą watahę, wciąż muszę wyobrażać sobie, że to Macy wije się pode mną, żeby osiągnąć jakąkolwiek satysfakcję seksualną.

Nie mogłem już tego znieść. Musiałem znaleźć sposób na cofnięcie odrzucenia i odebrać to, co od samego początku prawnie mi się należało. Kochałem Macy. Wiedziałem, że ją kocham, od dnia moich osiemnastych urodzin, kiedy odkryłem, że jest moją przeznaczoną. Ale pozwoliłem, by mój spieprzony osąd i skrzywione wychowanie doprowadziły do tego, że odrzuciłem ją na miejscu, i to w dniu jej urodzin. Muszę znaleźć ojca oraz Starszego i z nimi porozmawiać. Szybko połączyłem się z nim myślowo:

*Tato.*

*Ryk, o co chodzi, synu?*

*Proszę, przyjdźcie ze Starszym Scottem do mojego gabinetu.*

*Zaraz będziemy.*

Oparłem się na krześle i czekałem na ich przyjście. Musiało być jakieś wyjście. Chciałem odzyskać Macy i nie obchodziło mnie, co mówią inni. Musiałem powstrzymać Mercera przed naznaczeniem tego, co należało do mnie. Po kilku minutach głębokiego namysłu do gabinetu weszli mój ojciec i Starszy Scott.

– Synu.

– Alfo – skłonili się obaj.

– Proszę, wejdźcie – powiedziałem. Obaj usiedli na krzesłach naprzeciwko mojego biurka.

– Co się dzieje, Ryk? – zapytał mój ojciec.

– Tato, znalazłem swoją przeznaczoną.

– To wspaniale, synu! – wykrzyknął. – Kto to? Jedna z dziewcząt z wizytujących watah?

– Nie.

– W takim razie członkini naszej watahy?

– Poniekąd.

– Ryk, przestań mówić szyfrem i po prostu nam powiedz.

– To Macy. – W pokoju zapadła grobowa cisza. Spojrzałem na nich, a oni wpatrywali się we mnie z pustym wzrokiem. – Tato, słyszałeś mnie?

– Słyszałem, synu – odpowiedział i urwał na chwilę. – Powiedz, że to jakiś chory żart.

– To nie jest żart.

– Dlaczego, na miłość boską, Bogini Księżyca miałaby połączyć naszego Alfę z samotniczką? – zapytał Starszy Scott.

– Synu, powiedz, że ją odrzuciłeś?

– Odrzuciłem.

– Uff, no to dobrze, kryzys zażegnany – powiedział.

– Nie, tato. Kryzys wcale nie jest zażegnany – powiedziałem stanowczo.

– Nie rozumiem.

– Tato, wiesz, jak brzmi pełne imię Macy?

– Mace Rae.

– Pudło! Jej pełne imię to Mace Rae St-Claire.

– Alfo, czy powiedziałeś, że jej nazwisko to St-Claire?

– Tak. Użyła swojego pełnego tytułu, aby przyjąć moje odrzucenie. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy oświadczyła, że jest córką Alfy. – Miny ich obu były bezcenne.

– O bogini, Macy to córka Garretta St-Claire – powiedział Starszy Scott.

– Ta mała suka! – krzyknął mój ojciec. – Przez cały ten czas ukrywała swoją tożsamość!

– A czego się spodziewałeś? – zapytałem protekcjonalnym tonem. – Zaplanowałeś rzeź całej jej watahy, gdy miała dziesięć lat. Była wystarczająco dorosła, by rozumieć, co się dzieje, by znać swoją tożsamość i by wiedzieć, że musi ją ukrywać. – Wstałem z krzesła i podszedłem do kanapy. – Macy ukryła swoje pochodzenie celowo. Przez ciebie, matkę, Selę i każdego innego dupka w tej watasze, który spieprzył jej życie, straciłem idealną partnerkę!

– Scott, czy możemy to naprawić? – zapytał nagle mój ojciec. Wiedziałem, że gdy powiem mu, iż Macy jest Alfą z krwi, spróbuje to odkręcić.

– Cóż, to zależy od tego, czy znalazła już partnera drugiej szansy – odparł Starszy Scott.

– Z tego, co rozumiemy, tak właśnie się stało. To Alfa Shadow Creek – odpowiedział mój ojciec.

– Ach, Alfa Callan Mercer – powiedział Starszy Scott, gładząc się po podbródku. – Cóż, w takim razie to może być problem.

– Dlaczego?! – zapytaliśmy obaj.

– Alfa Callan pragnął partnerki, odkąd sięga pamięć. Ma dwadzieścia sześć lat i rządzi jedną z największych watah w środkowej części Stanów Zjednoczonych. Jeśli naznaczy Macy, a ona przyjmie jego oznaczenie, będzie za późno.

– Nie! Chcę Macy! Kocham ją! – Mój wybuch sprawił, że atmosfera stała się lodowata i cicha. Właśnie przyznałem się do miłości do domowej niewolnicy.

– Synu, co przed chwilą powiedziałeś?

Szlag.

{Perspektywa Callana}

Siedziałem w izbie chorych tuż obok Macy, podczas gdy ona odsypiała zaległości. Zander pilnował drzwi, upewniając się, że nikt poza doktorem Hardingiem nie przyjdzie jej doglądać. Nie ufałem nikomu z tej watahy w kwestii jej leczenia, a już zwłaszcza po tym całym gównie, przez które kazali jej przejść. Kilka razy w ciągu dnia Sela, córka Silasa, próbowała zajrzeć do środka, ale Zander zagradzał jej drogę. Nie byłem pewien, czy przychodziła, by dalej dręczyć Macy, czy po to, by choć na chwilę na mnie spojrzeć.

Zander powiedział mi, co Sela zrobiła Macy rano. Miała czelność znowu uderzyć Macy, mimo że ta wciąż dochodziła do siebie po napaści, której dopuściły się na niej Sela i jej matka poprzedniej nocy. Typowe dla roszczeniowego bachora.

– Mmmm… – Usłyszałem, jak Macy się poruszyła. Przesunąłem się na sam brzeg krzesła, by upewnić się, że nie odczuwa dyskomfortu ani bólu. Mlasnęła parę razy ustami, pokręciła głową, po czym otworzyła oczy.

– Hej, najdroższa, wyspałaś się? – zapytałem. Posłała mi nikły uśmiech i skinęła głową.

– Jak długo spałam? – zapytała cicho.

– Około czterech godzin.

– O rany, tylko tyle? – zapytała, wpatrując się w sufit. – To były prawdopodobnie najlepsze cztery godziny snu w moim całym życiu. – Patrzyłem na nią w milczeniu, gdy próbowała usiąść. Wstałem i podparłem jej plecy ramieniem. – Dziękuję.

– Nie ma za co.

– To łóżko jest takie wygodne – powiedziała, klepiąc dłonią materac.

– Uważasz, że to łóżko jest wygodne?

– Jest lepsze niż to gówno, na którym sypiałam przez ostatnie osiem lat. – Zmarszczyłem brwi na te słowa.

– Macy, nie masz łóżka?

– Mam polówkę.

– Co masz?

– Polówkę. – Zmarszczyła nos. – Wyobraź sobie małą trampolinę bez sprężyn, opartą na czterech plastikowych nóżkach. – Wciąż nie miałem pojęcia, o czym mówi. Wyciągnąłem telefon i wygooglowałem, jak wygląda polówka. Gdy zobaczyłem zdjęcie, skrzywiłem się.

– To coś? – zapytałem, pokazując jej ekran telefonu, a ona skinęła głową. Miałem już coś powiedzieć, gdy do pokoju wszedł lekarz.

– Dzień dobry, jak się pani czuje? – zapytał.

– Lepiej, odkąd wreszcie naprawdę się wyspałam.

– Miło to słyszeć. Zrobię szybkie badanie fizykalne. Czy mogłaby pani unieść koszulkę? – Spożyła na mnie i zawahała się przez chwilę. Wstałem i odwróciłem się twarzą do ściany. Słyszałem szelest podnoszonej koszulki i musiałem zachować spokój ze świadomością, że lekarz patrzy na jej nagą skórę. „To jego praca” – powtarzałem sobie i Obsidianowi.

– Ała – usłyszałem głos Macy. Chciałem się odwrócić, by zobaczyć, co sprawiło jej ból, ale zanim zdążyłem to zrobić, lekarz się odezwał:

– Cóż, okolice żeber wciąż wydają się nieco tkliwe przy dotyku, ale rany na twarzy ładnie się zagoiły. Choć twój układ odpornościowy jest osłabiony, masz silną zdolność regeneracji, zwłaszcza teraz, gdy obudziła się twoja wilczyca.

– Możesz już się odwrócić, Callan – powiedziała do mnie Macy. Odwróciłem się i ponownie usiadłem na krześle przy jej łóżku.

– Doktorze, kiedy Macy może zostać wypisana? – zapytałem.

– Ach, więc masz na imię Macy – powiedział ze zdziwieniem. Zapomniałem, że on jej nie zna. – Cóż, wolałbym zatrzymać cię jeszcze jeden dzień, ale jeśli czujesz się na siłach, mogę wypisać cię dzisiaj. Musisz jednak leżeć w łóżku, dopóki żebro całkowicie się nie zagoi.

– Poradzę sobie z tym – odpowiedziała Macy.

– Absolutnie żadnych prac domowych, panno Macy. Leżenie w łóżku to leżenie w łóżku. Możesz wyjść na zewnątrz, żeby złapać trochę słońca, bo wciąż potrzebujesz witaminy D, ale żadnego wysiłku.

– Proszę się nie martwić, doktorze, upewnię się, że będzie miała pełen komfort – powiedziałem.

– W porządku, Alfo. Jeśli pójdziesz ze mną, możemy zacząć wypisywać dokumenty.

– Zaraz wracam, najdroższa – powiedziałem i ucałowałem wierzch jej dłoni. Wychodząc z pokoju, zwróciłem się do Zandera: – Masz pilnować jej jak oka w głowie. Jeśli choć jeden włos spadnie z her cennej głowy, przez cały przyszły rok będziesz biegać co rano po dwadzieścia mil.

– Tak jest, Alfo – zasalutował i wszedł do pokoju, podczas gdy ja udałem się za doktorem Hardingiem.

{Perspektywa Macy}

Gdy Callan poszedł z lekarzem po dokumenty wypisowe, Zander wszedł, by dotrzymać mi towarzystwa.

– Więc, Luno…

– Proszę, możesz mówić mi po prostu Macy? „Luna” brzmi dla mnie na razie zbyt oficjalnie – powiedziałam.

– Jasne, skoro wolisz tak, Macy – uśmiechnął się. – Swoją drogą, fajne imię.

– Dziękuję – odpowiedziałam. – Twoje też mi się podoba. – Posłał mi jeden ze swoich czarujących uśmiechów. – Mam wrażenie, że jesteś typem klasowego błazna.

– Cholera, jak zgadłaś?

– Nie zaprzeczysz?

– A dlaczego miałbym? Bycie klasowym błaznem sprawia, że jestem zabawny i łatwo nawiązuję kontakt.

– Tak, coś w tym jest. – Zaczęłam bawić się palcami. Przez około minutę panowała niezręczna cisza.

– Szlag, muszę siku – rzucił nagle Zander, po czym wstał i poszedł do łazienki. To było dość niespodziewane, ale z drugiej strony chyba nie korzystał z toalety, odkąd rano przyniósł mnie do kliniki. Gdy czekałam, aż wyjdzie, usłyszałam, jak do pokoju wkracza najbardziej irytujący głos na świecie.

– Wygląda na to, że Śpiąca Królewna się obudziła – syknęła Sela. Poważnie, co jest nie tak z tą suką?

– Nie jesteś tu mile widziana, Sela. Wypieprzaj stąd – rzuciłam.

– Jestem mile widziana wszędzie tam, gdzie uznam to za stosowne, Ma-cy. – Przeliterowała moje imię z obrzydzeniem. – Gówno mnie obchodzi, co mówią inni, nie zasługujesz na partnera, a już na pewno nie na takiego przystojnego Alfę jak Callan Mercer.

– Odpieprz się, Sela. Nie mam siły ani cierpliwości na twoje bzdury.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – wrzasnęła i zepchnęła mnie z łóżka zabiegowego. Wylądowałam na nadgarstku i mogłabym przysiąc, że poczułam, jak pęka.

– Co jest z tobą, do kurwy nędzy, nie tak, Sela?! Co ja ci w ogóle zrobiłam?! – krzyknęłam, trzymając się za nadgarstek.

– Nie musiałaś nic robić, Macy. Jestem córką Alfy, nie potrzebuję powodu, by traktować cię jak śmiecia, bo dokładnie tym jesteś! Nie zasługujesz na Callana Mercera! Nie zasługujesz na żadnego partnera!

– A ty myślisz, że zasługujesz? – odezwał się Zander, wychodząc z łazienki. – Kurwa, Callan nie będzie z tego zadowolony – mruknął, patrząc na mnie, gdy trzymałam się za nadgarstek. Podbiegł, szybko pomógł mi wstać i posadził z powrotem na łóżku. Patrzyłam, jak jego oczy błysnęły czernią, gdy uniósł wzrok na Selę. – Słuchaj, pudrowana lalo, gówno mnie obchodzi, za kogo się uważasz, ale ostrzegano cię nie raz, nie dwa, ale już trzy razy, żebyś trzymała te swoje umazane samoopalaczem łapy z daleka od Luny.

– Ona nie jest żadną Luną! To samotniczka! Śmieć! Jest niższa niż bakterie w tej klinice! – wrzasnęła Sela.

– SELA! – Usłyszałam głos Silasa w drzwiach. Dlaczego, do cholery, ta rodzina nie może dać mi spokoju?

– Tato…

– Co ty wyprawiasz?!

– Przyszłam dać tej suce nauczkę – odpowiedziała Sela z zarozumiałą, pyszną miną.

– Co daje ci do tego prawo?! Próbujesz utrudnić życie swojemu bratu?! – krzyknął Silas. Co Ryk miał z tym wspólnego?

– Ale tato, przecież zawsze mówiłeś…

– WYNOŚ SIĘ, SELA! – ryknął na nią Silas. Natychmiast czmychnęła z pokoju. Silas spojrzał na mnie i Zandera. – Beto Zanderze, czy mogę prosić o rozmowę z Macy na osobności?

– Nie – odparł Zander.

– Słucham?

– Odpowiedź brzmi: nie. Mam surowy rozkaz pilnowania Macy. Już mam przejebane, bo twój pomiot banshee prawdopodobnie złamał jej nadgarstek w ciągu tych trzydziestu sekund, kiedy lałem. – Parsknęłam śmiechem, gdy nazwał Selę banshee. – Jeśli chcesz rozmawiać z Luną, możesz to zrobić w mojej obecności albo poczekać na powrót Alfy Callana.

– Zander, w porządku – powiedziałam, kładąc dłoń na jego przedramieniu.

– Ale Macy…

– Wszystko gra, poczekaj proszę za drzwiami. – Skinęłam głową uspokajająco. Zawahał się przez chwilę. – Dopilnuję, żeby Callan nie ukarał cię… zbyt surowo.

– Super, czyli i tak dostanę karę – wymruczał i wyszedł za drzwi. Spojrzałam na Silasa, który miał na twarzy trudny do odczytania wyraz.

– Macy, jak się masz? – zapytał bez krzty szczerości.

– Daruj sobie te bzdury, Silas. Czego chcesz? – W jego oczach natychmiast błysnęła czerń, bo zwróciłam się do niego po imieniu.

– Dla ciebie jestem Alfą Silasem – wycedził przez zęby.

– Hm, popraw mnie, jeśli się mylę, ale czy ten tytuł nie należy teraz do tej pożałowania godnej imitacji syna, którą spłodziłeś? – Obrócił szyję, strzelając kręgami kilka razy, próbując opanować gniew. To było coś nowego. Zazwyczaj o tej porze zdążyłby już mnie uderzyć.

– Chciałem tylko sprawdzić, jak się czujesz – powtórzył, znów bez cienia szczerości.

– Obojętnie – odparłam i położyłam się na łóżku, tuląc chory nadgarstek.

– Macy, czy to prawda, że jesteś partnerką Ryka?

– Byłam.

– Co?

– Byłam – powtórzyłam. – Byłam przeznaczoną Ryka, dopóki mnie nie odrzucił, a ja to odrzucenie przyjęłam.

– Macy, Ryk zdał sobie sprawę, jaki błąd popełnił. On…

– Och, już rozumiem – przerwałam mu, siadając gwałtownie. – Ryk ci powiedział, prawda? Powiedział ci, że jestem Alfą z krwi. – Powinnam była się domyślić, że Silas miał ukryty motyw, przychodząc do mnie i karcąc Selę. – Myślałeś, że zjechanie Seli na moich oczach wkupi cię w moje łaski? Ha! Wolne żarty, Silas. Jesteś tu tylko dlatego, że chcesz, bym ponownie rozważyła związek z Rykiem. Wielka szkoda, bo to się nigdy nie wydarzy – fuknęłam.

– Myślisz, że masz wybór? – warknął.

– Mam wybór, zwłaszcza teraz, gdy jestem pełnoletnia. Nie muszę już przed tobą odpowiadać! Znam prawo i znam swoje prawa. Jestem dorosła, a jak Beta Zander powiedział dziś rano, jako osoba spoza tej watahy, ani ty, ani Ryk nie macie nade mną żadnej władzy prawnej.

– Macy, lepiej dobrze i długo przemyśl swoją decyzję.

– Albo co?! Zabijesz mnie, tak jak moją watahę?! Śmiało, spróbuj! Chętnie zobaczę, jak chociażby próbujesz mnie zabić! Jestem Alfą z krwi, co oznacza, że nie możesz mnie zabić! – rzuciłam mu prosto w twarz.

– Macy, naprawdę wystawiasz moją cierpliwość na próbę!

– A to nowość. Cały czas wystawiam twoją cierpliwość na próbę. Jedynym powodem, dla którego jeszcze mnie nie uderzyłeś, jest to, że chcesz, żebym wróciła do Ryka. No cóż, pieprzyć to! I pieprzyć ciebie! – Na te słowa ostatecznie stracił panowanie nad sobą i warknął mi prosto w twarz. Uniósł rękę, by mnie uderzyć, ale Zander go powstrzymał.

– Silas, uważam, że zasiedziałeś się tutaj – powiedział Zander.

– Zdejmij ze mnie te łapy, Beto! – rzucił Silas, odpychając Zandera. Spojrzał na mnie z oczami pełnymi wściekłości. – To jeszcze nie koniec, Macy.

– Taa, wmawiaj tak sobie dalej – syknęłam z pogardą. Warknął kolejny raz i wyszedł. Po minucie lub dwóch Zander w końcu się odezwał:

– Macy, twój język mógłby zawstydzić marynarza. – Nie mogłam powstrzymać cichego śmiechu.

– Wiem, to kiepski nawyk. Po prostu nie potrafię włączyć cenzury, gdy mam do czynienia z tą watahą. Nienawidzę ich wszystkich, a zwłaszcza Silasa i jego rodziny.

– Rozumiem, to palanci. Chcą cię tylko ze względu na twoje pochodzenie.

– Wiedziałam, że Ryk nie utrzyma tego w tajemnicy zbyt długo. Jest całkowicie niezdolny do samodzielnego działania. Zawsze musi biec po wsparcie do tatusia. Zakres jego władzy jest tak samo krótki jak jego fiut.

– Pff! Hahaha! – Zander wybuchnął śmiechem. Nie mogłam powstrzymać się i zawtórowałam mu.

– Co was tak bawi? – usłyszałam pytanie Callana, gdy przekraczał próg.

– Stary, Luna ma świetny dowcip, to niesamowite – odparł Zander. Callan uśmiechnął się, lecz uśmiech szybko zniknął z jego twarzy, gdy zauważył, że trzymam się za nadgarstek.

– Co się stało z twoim nadgarstkiem?! – zapytał, podchodząc do łóżka i przyglądając mu się.

– Spadłam z łóżka – skłamałam na wpół.

– Macy, jesteś moją przeznaczoną. Wyczuwam, kiedy kłamiesz.

– To moja wina. Poszedłem na chwilę się odlać, a wtedy weszła Sela – odezwał się Zander.

– KAZAŁEM CI PILNOWAĆ JEJ JAK OKA W GŁOWIE!!! – ryknął Callan.

– Przestań, Callan! Nie złość się na niego. Nie możesz go winić za to, że ma pęcherz wielkości orzeszka ziemnego. Jak trzeba, to trzeba.

– Niech to szlag, Macy. – Posłała mu słodki uśmiech, a on natychmiast opuścił głowę z rezygnacją. Wygląda na to, że potrafię dość szybko zmusić go do uległości. To może się kiedyś przydać. – Sprowadzę lekarza, żeby obejrzał twój nadgarstek – wymruczał pod nosem i znów wyszedł. Spojrzałam na Zandera, który rzucał mi mordercze spojrzenia.

– Co?

– Mój pęcherz wcale nie jest wielkości orzeszka. Nie szczałem od ponad dwunastu godzin, żebyś wiedziała.

– Wolałbyś biegać dwadzieścia mil każdego dnia przez cały przyszły rok?

– Touché.

Gdy lekarz wrócił, okazało się, że to tylko lekkie skręcenie nadgarstka i nic więcej. Okręcił go bandażem i powiedział, że gojenie potrwa jeszcze co najmniej czterdzieści osiem godzin. Gdy zostałam w końcu wypisana, Callan odprowadził mnie na zewnątrz domu watahy, abym mogła złapać trochę słońca. To był prawdopodobnie pierwszy raz od lat, kiedy wyszłam na zewnątrz przy świetle dziennym; było jasno i gorąco, ale to było przyjemne uczucie.

Promienie popołudniowego, jesiennego słońca tak cudownie ogrzewały moją skórę. Podeszliśmy do małej ławeczki w ogrodzie i po prostu usiedliśmy. Chłonęłam światło słoneczne dokładnie tak, jak zalecił lekarz. Trzydzieści minut, tak mówił doktor. To nie będzie problem. Było miło, naprawdę bardzo, bardzo miło.

Siedząc tak i kąpiąc się w słońcu, zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Wyczułam zapach różnych kwiatów, dziką naturę i orzeźwiający aromat świeżego deszczu. Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że ten ostatni zapach pochodził od Callana. Bogini, jego woń była tak ożywcza, jakby tchnęła we mnie nowe życie. Zapach Ryka nie był tak kuszący – to znaczy, był na tyle atrakcyjny, bym poszła go szukać, ale to wszystko. Gdy tylko zorientowałam się, że to jego zapach, czar prysł.

– Najdroższa, wszystko w porządku? – zapytał Callan.

– Hm?

– Wydajesz się głęboko zamyślona. Wszystko w porządku?

– Tak, w porządku – uśmiechnęłam się. – To pierwszy raz od wielu lat, kiedy czuję promienie słońca ogrzewające moją skórę. Uwielbiam to.

– Cóż, przepraszam, że psuję tę chwilę relaksu, ale minęło już około trzydziestu minut. Powinniśmy wracać do środka, żebyś mogła jeszcze odpocząć. Powinniśmy też dać ci coś do jedzenia. – Skinęłam głową i wróciliśmy do budynku. Gdy tylko przeszliśmy przez drzwi frontowe, mnóstwo ludzi zaczęło się nam przyglądać – i to nie tylko członkowie watahy Nightshade, ale nawet inni goszczący tu Alfy, Betowie i członkowie ich watah. Niektórzy się uśmiechali, inni mierzyli nas wściekłym wzrokiem, a jeszcze inni po prostu gapili się bez słowa.

Podeszliśmy do schodów, ale zamiast iść w górę, skierowałam się do swojego pokoju.

– Macy, dokąd idziesz? – zapytał Callan.

– Do mojego pokoju – odpowiedziałam, wskazując na drzwi.

– Co?

– To mój pokój, właśnie ten – powiedziałam i otworzyłam drzwi. Rzucił jedno spojrzenie do środka, po czym spojrzał na mnie ze skołowaniem.

– Najdroższa, przecież to schowek na miotły.

– Właściwie to kiedyś był schowek na buty – rzuciłam przemądrzałym tonem. Niezbyt mu się to spodobało.

– Mieszkałaś w tej ciasnej klicie przez osiem lat? – zapytał, a ja po prostu skinęłam głową.

– Macy, zbierz swoje rzeczy i chodź na czwarte piętro.

– Po co?

– Ponieważ będziesz mieszkać ze mną w moim pokoju gościnnym, dopóki nie wyjedziemy za dwa dni.

– Callan, nie wolno mi wchodzić na czwarte piętro, chyba że po to, by posprzątać.

– Cóż, te zasady już cię nie obowiązują. A teraz proszę, zrób to, o co proszę. Czwarte piętro, skręć w lewo, ostatni pokój po prawej. – Po tych słowach odwrócił się i poszedł na górę. Czując, że nie mam innego wyjścia, zebrałam te nieliczne ubrania i rzeczy osobiste, które posiadałam, i udałam się na czwarte piętro. Szłam powoli, aż w końcu dotarłam na czwarte piętro. To tutaj zatrzymywali się wszyscy Alfy i Luny, wliczając w to Ryka. Tak się akurat składało, że pokój Ryka znajdował się w tym samym korytarzu i był ostatnim pokojem po lewej, naprzeciwko gościnnego pokoju Callana.

Idąc korytarzem, uważałam, żeby nie upuścić żadnej ze swoich rzeczy, aż w końcu dotarłam do pokoju gościnnego Callana. Zdałam sobie sprawę, że mam zajęte obie ręce, i właśnie miałam pchnąć drzwi stopą, gdy usłyszałam wyjątkowo nieprzyjemny głos:

– Macy, co ty tutaj robisz?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Żelazne Serce: Odzyskać mój tron Alfa | StoriesNook