Mocno zaciskam zęby. Nie umyka mi jego dobór słów. „Kiedy”, a nie „jeśli”. To brzmi jak obietnica. Wreszcie odsuwa się ode mnie na tyle, że moje mięśnie mogą się nieco rozluźnić. Nie wraca na swoje miejsce, lecz rusza w stronę wyjścia z namiotu – posyłając mi wcześniej jeszcze jedno spojrzenie, które wyraźnie wyraża obietnicę konsekwencji, jeśli tylko odważę się zrobić coś, co narazi jego ludzi na






