Kadencja jego mowy brzmiała dziwnie łagodnie, jak u kogoś ćwiczącego pożegnanie.
Dawn nie była pewna, jaki plan kłębił się za jego oczami, ale sposób, w jaki ich odprawił, wydawał się darem czasu, o który nie prosili.
Mężczyźni zesztywnieli, głosy mieli zachrypnięte. – Kapitanie Bridger!
– Ruchy! – warknął starzec, tnąc powietrze dłonią.
Z kutra policyjnego nowy głos popłynął nad wodą. – Nikt się






