Czas rozpływał się w tej celi – godziny wykrwawiały się w dni, dni w bezkresną szarość egzystencji. Straciłam rachubę pór roku, cyklu księżyca, a nawet własnego odbicia w polerowanym metalowym zlewie.
Moje knykcie drapały beton, gdy but Harlow z hukiem uderzył w moje żebra.
– Wybieraj, kundlu – kosa po twarzy czy dziesięć plaskaczy?
Jej oddech śmierdział gnijącym mięsem, ale nie odrywałam wzroku o






