W duchu dziękuję Dantemu Rossiemu, pędząc przed siebie. Ściskam pieniądze i rzucam się przez kotarę na tyłach baru.
Za plecami słyszę krzyki i dźwięk przypominający uderzenie pięścią w ciało.
Boże, mam nadzieję, że z Dantem wszystko w porządku...
Ale nie mam czasu się o niego martwić.
W połowie korytarza słyszę kolejny okrzyk i nagle dociera do mnie, że nie ma mowy, bym dostała się do garderoby, nie zostając zauważoną, jeśli ci dwaj idioci rzucą się w pogoń. Podejmuję błyskawiczną decyzję i chwytam za klamkę rzadko używanego schowka, o którym wiem, że tu jest. Szarpię drzwi i wpadam do środka.
Nagle w klubie rozlega się huk. HUK! HUK!
Zatykam uszy dłońmi. Boże, to brzmi jak fajerwerki... albo jak strzały z pistoletu.
W sali VIP wybuchają wrzaski, a dziewczyny w garderobie również zaczynają krzyczeć i panikować.
Z trudem łapię oddech, wciskając się głębiej w ciemność schowka. Słyszę dudnienie kroków na korytarzu – wszyscy próbują uciec na zewnątrz.
– Musiała pobiec do garderoby! – ryczy gruby głos tuż za drzwiami. Przygryzam wargę, a w moje serce wstępuje nadzieja, bo to brzmiało zupełnie jak ten wielkolud.
– Co wy, do kurwy nędzy, wyrabiacie w moim klubie?!
Oddech zamiera mi w piersi. Nadzieja pryska, bo to Pietro, mój menedżer – i zatrzymał się dokładnie przed schowkiem. – Wypierdalać stąd! To porządny lokal, nie możecie tu tak wpadać i...
– Słuchaj no, dupku – warczy wielkolud. Nie mogę się powstrzymać i zaglądam przez szparę w drzwiach. Typ chwyta Pietra za kołnierz, napinając biceps tak, że menedżer praktycznie dynda na jego pięści, przebierając nogami w powietrzu.
– Robimy tu, co nam się podoba, jasne? – rzuca brutal, pochylając się tak blisko twarzy Pietra, że opluwa go śliną.
Bladnę, gdy gangster wyciąga z marynarki pistolet i celuje prosto w głowę Pietra. – A teraz – mówi cichym, niebezpiecznym głosem – pokażesz mi, gdzie poszła ta dziewczyna.
– Tędy... – piszczy Pietro, a jego twarz czerwienieje ze strachu i braku powietrza. – Pokażę wam...
W duchu przeklinam Pietra za to, że okazał się zdrajcą, tak jak Julian – choć szczerze mówiąc, z pistoletem przyłożonym do skroni, pewnie trudno go oceniać sprawiedliwie.
Wielkolud stawia Pietra na ziemi, a ten rzuca się naprzód, prowadząc go do garderoby.
Nagle wydaję z siebie krótki krzyk i gwałtownie podnoszę głowę, słysząc dwa kolejne strzały, a drzwi schowka otwierają się z impetem.
W moich oczach maluje się czyste przerażenie. Spodziewam się zobaczyć brutala albo jego mniejszego, cwaniakowatego kumpla...
Ale ten człowiek... to żaden z nich. Ma ciemne włosy opadające na oczy, a ja wzdycham z zaskoczenia, widząc, że jego koszula jest splamiona krwią.
– Chodź, Piccola – rzuca mężczyzna suchym tonem. Sięga do schowka, chwyta mnie za nadgarstek i wyciąga na korytarz.
Wychodząc, potykam się o coś i rozdziawiam usta, gdy dostrzegam ciało leżące w przejściu do garderoby, z krwią rozlaną wokół głowy...
Z tej odległości nie widzę dokładnie, ale mogłabym przysiąc, że to ten wielkolud, który mnie ścigał.
Zanim jednak zdążę się przyjrzeć, mężczyzna stawia mnie do pionu, po czym uderza ramieniem w mój brzuch. Zostaję uniesiona w górę i przerzucona przez jego bark. Trzyma mnie mocno, obejmując ramieniem moje uda, i rusza szybkim krokiem w stronę głównej sali klubu.
– Puść mnie! – krzyczę, okładając jego plecy pięściami, na tyle, na ile pozwalają mi trzymane w dłoniach pieniądze.
On tylko potrząsa mną z irytacją, próbując mnie uciszyć, i idzie przez cały klub, gdzie goście i tancerki krzyczą, uciekając do wyjść.
Krzyczę razem z nimi, moje słowa mieszają się z ich wrzaskami, ale ten człowiek kompletnie mnie ignoruje.
Moje wołanie przechodzi w panikę. Dalej walę go po plecach – kim on jest?! Czy pracuje dla dona z Malavity, który mnie kupił? Czy zabiera mnie do burdelu?!
Szamoczę się i kopę, ale nagle zamieram z szoku, gdy mężczyzna wymierza mi siarczystego klapsa w niemal goły tyłek płaską dłonią. – Siedź spokojnie, Piccola – rozkazuje z chłodnym śmiechem. – Sama to sobie utrudniasz.
Wciąż oniemiała z wrażenia, daję się wynieść przez główne drzwi.
Kręcę głową na wszystkie strony, próbując rozeznać się, dokąd mnie zabiera. Przed samym klubem z piskiem opon zatrzymuje się czarny SUV. Mężczyzna nie zwalnia kroku, obchodzi samochód, szarpie za klamkę tylnych drzwi i wrzuca mnie do środka.
Trzaska drzwiami, a ja dyszę ciężko, czując, jak kręci mi się w głowie z lęku. Ale znów wstrzymuję oddech, słysząc, jak ktoś odchrząkuje. Wciskam się w drzwi auta, zdając sobie sprawę, że w mroku tylnego siedzenia ktoś już siedzi.
Zastygam w bezruchu, wodząc wzrokiem po tej sylwetce, która przypomina równie mocno człowieka, co drapieżnika. Barczysty mężczyzna rozparty wygodnie na siedzeniu naprzeciwko mnie, o wysokiej sylwetce prężącej się od mięśni – siła biła z każdego cala jego ciała.
Choć siedział w cieniu, smuga światła przecięła jego twarz, ukazując te niebieskie oczy, które rozpoznałam...
Szczęka mi opada, gdy dociera do mnie, że... to Suweren Malavity.
Kim... kim jest ten człowiek? Dlaczego jestem w jego samochodzie? Przecież... Suweren Malavity to ktoś inny niż Don Valenti, do którego najwyraźniej teraz należę – w zasadzie to znani rywale. Więc dlaczego...
Wzdrygam się, gdy przednie drzwi od strony pasażera otwierają się gwałtownie i wskakuje przez nie mężczyzna, który mnie tu przyniósł.
– Jedźmy stąd, kurwa! – krzyczy. – Gazuj, Finnian Sullivan!
Moja głowa gwałtownie zwraca się w stronę kierowcy – czy to Finnian Sullivan? – który potakuje i wciska gaz do dechy. Samochód zrywa się z miejsca spod klubu.
Zaczynam się trząść, zarówno z zimna, jak i z przerażenia...
Kim są ci ludzie?
Czego ode mnie chcą?
Czy oni... czy oni zamierzają mnie...
– No cóż, Piccola – odzywa się mężczyzna po drugiej stronie, ściągając na siebie mój wzrok. Jego głos dziwnie akcentuje moje sceniczne imię, jakby wiedział, że jest fałszywe. – Narobiłaś mi dziś sporo kłopotów. Będziemy musieli...
Ale jego słowa przerywa potężny huk. Krzyczę, gdy tylna szyba samochodu rozpryskuje się w drobny mak, a w powietrzu rozbrzmiewają echa strzałów.






