Krzyczę ponownie, osłaniając głowę i kuląc się tak nisko, jak tylko potrafię. Moje nogi przesuwają się po tylnym siedzeniu, kopiąc Suwerena Malavity w udo.
– Gazuj, kurwa, Finnian! – ryczy Suweren. – Siedzą nam na ogonie!
– Padnij! – krzyczy do mnie, uchylając się i rzucając swoje ciało na moje, podczas gdy Finnian Sullivan gwałtownie skręca w prawo, a opony piszczą na asfalcie.
Chyba znów krzyczę. Zwinięta w kłębek, mamroczę modlitwy, których nie odmawiałam od czasów katolickiej podstawówki i w które już wtedy nie bardzo wierzyłam. Ale teraz błagam każdego, kto może mnie słuchać, byle tylko ocalił mi życie.
Kule przestają świstać i czuję, jak ciężar ciała Suwerena unosi się nade mną. Zaczynam podnosić głowę, ale nagle całym samochodem szarpie w bok – czuję, że ktoś uderzył w nas od tyłu.
– Skręcaj, do cholery, Finnian! – wrzeszczy Suweren, gorączkowo oddając serię strzałów przez rozbitą szybę.
– Nie mogę... nie ma gdzie...
– W 42. ulicę! – krzyczy facet na przednim siedzeniu, a w jego głosie słychać frustrację i ostrą nutę strachu.
– Robi się! – odkrzykuje Finnian, szarpiąc kierownicą tak mocno, że cały samochód przechyla się na prawą stronę.
Auto staje na dwóch kołach, a ja wrzeszczę z przerażenia, czując, jak moje ciało przesuwa się po kanapie. Światła migają w oknach, słychać ryk klaksonów, bo Finnian Sullivan zajeżdża drogę całemu sznurowi aut, żeby wykonać ten skręt.
Mój okrzyk przechodzi w skowyt, gdy tracę oparcie pod nogami, ale nagle chwytają mnie czyjeś ręce – jedna zaciska się na mojej talii, druga błyskawicznie ląduje na mojej głowie, osłaniając czaszkę w ułamku sekundy przed tym, jak miałaby uderzyć w szybę...
Łapię gwałtownie powietrze, otwierając oczy. Zostaję wciągnięta na kolana Suwerena Malavity. Gdy nasze spojrzenia się spotykają, dociera do mnie, że gdyby nie jego dłoń, która zamortyzowała uderzenie o szkło, mój mózg byłby teraz rozsmarowany po całym aucie.
Wpatruję się z przerażeniem w jego twarz, która nagle znalazła się tak blisko mojej.
Nasz SUV opada na cztery koła i pędzi ulicą, klucząc szaleńczo między samochodami. Suweren przeklina siarczyście, odrywając wzrok ode mnie i zerkając na Finniana Sullivana. Potrząsa dłonią, by rozgonić ból.
– Zgubiliśmy ich?!
– Sam mi powiedz, szefie! – woła przez ramię Finnian, a Suweren – wciąż trzymając mnie na kolanach – obraca się, patrząc przez tylną szybę. Ja też patrzę, ale...
Widzę tylko taksówki i zwykłe sedany.
Ani śladu tamtych.
– Na razie – warczy Suweren napiętym głosem. – Na razie ich zgubiliśmy.
Patrzy jeszcze przez chwilę, po czym jego ciało nieco się rozluźnia. Wypuszcza gwałtownie powietrze i odwraca się do przodu. – Rezydencja Viale Nero, Finnian – mówi teraz chłodniej niż wcześniej. – Musimy na jakiś czas zniknąć z radarów.
– Jasna sprawa – odpowiada Finnian Sullivan, wciąż jadąc szybko, ale teraz bardziej wtapiając się w ruch uliczny. W końcu nic tak nie krzyczy „przestępstwo”, jak ucieczka przez miasto z rozbitą tylną szybą i porwaną striptizerką.
To ma sens, że chcą się wtopić w tłum, żebyśmy mogli zniknąć. Żeby nie znaleźli nas ci, którzy nas ścigali, z jakiegokolwiek powodu.
– Proszę... – szepczę drżącym głosem. Sama jestem zaskoczona tym słowem. Wypowiedziałam je bez namysłu.
Suweren Malavity natychmiast skupia na mnie całą swoją uwagę.
– Możesz... możesz wziąć to wszystko... – mówię, wskazując na gotówkę rozrzuconą po całym tylnym siedzeniu, którą podmuchy wiatru wpadające przez rozbitą szybę lekko rozwiewają. – Tylko... wypuść mnie...
Suweren studiuje moją twarz przez dłuższą chwilę, po czym na jego ustach pojawia się drwiący uśmiech. – Trzecia część tych pieniędzy jeszcze niedawno była moja – mówi głosem zimnym i wyrachowanym. – I oddałem je bez wahania za jeden taniec. Co sprawia, że myślisz, że to – wskazuje głową na banknoty na siedzeniu i podłodze – wystarczy, by kupić twoją wolność?
Wahaję się, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Zdobędę... zdobędę ci więcej – mamroczę z desperacją. – Mogę pracować...
Jego uśmiech pogłębia się. Patrzy na mnie i zaczyna lekko kręcić głową, niemal z... niedowierzaniem? Nie wiem – nie rozumiem tego. Nie potrafię odczytać jego wyrazu twarzy.
– Proszę – błagam cicho, a moje oczy zachodzą łzami. – Proszę, nie oddawaj mnie Donowi Valenti... nie sprzedawaj mnie do burdelu...
Ramię Suwerena zaciska się wokół mnie mocniej, a na jego twarzy maluje się smutek, może nawet litość. Nagle przyciąga mnie do siebie, unosi dłoń i delikatnie gładzi mnie kostkami palców po policzku, patrząc mi głęboko w oczy.
– Isadora – mruczy, a ja zamieram, słysząc moje imię z jego ust.
I nagle coś sobie przypominam. Wcześniej byłam zbyt rozproszona, ale on już wcześniej nazwał mnie Isadorą, prawda? Kiedy skończyłam tańczyć...
Czy on też jest jakoś powiązany z Valentim?
– Skąd... – szepczę, kręcąc głową ze skonfundowaniem – skąd znasz moje imię?
– Isadora... – szepcze – naprawdę mnie nie poznajesz?
Odsuwam się nieco, studiując go, przyglądając się mocnej linii jego lekko nieogolonej szczęki, prostemu nosowi, niebiesko-szarym oczom pod ciemnymi brwiami... I kiedy tak na niego patrzę, dociera do mnie, że rzeczywiście jest w nim coś znajomego, zwłaszcza w jego spojrzeniu. To nie tylko moja wyobraźnia. Ale nie potrafię połączyć faktów...
– Jesteś Suwerenem Malavity – mruczę, mrużąc oczy i próbując zmusić umysł do poskładania tych puzzli. Bo czegoś tu brakuje, czuję to.
– Tak, i? – mówi, unosząc jedną brew w sposób, który wywołuje we mnie jakieś wspomnienie. Jak... jak, do diabła, wiedziałam, że tak uniesie brew?
– I... porwałeś mnie? Żeby... się zemścić? Na Valentim? Albo dlatego, że widziałam, jak ktoś został postrzelony? Albo...
uśmiecha się do mnie szerzej, pozwalając swojemu wzrokowi prześlizgnąć się po moich rysach. – Porwałem cię, żeby cię chronić, Margherita.
Moje oczy rozszerzają się, gdy słyszę z jego ust moje przezwisko z dzieciństwa. Wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce.
Wspomnienia wracają falą w jednej sekundzie.
Zmierzchy późnego lata spędzone na bieganiu po polach z chłopcem, który nazywał mnie Margherita, od mojego ulubionego kwiatu.
Wymykanie się o północy z bratem do domu obok, żeby do świtu grać w gry planszowe z chłopcem, który tam mieszkał – i który nauczył mnie grać w pokera.
Tysiąc zimowych popołudni spędzonych na budowaniu śnieżnych fortów z moim bratem i jego roześmianym, niebieskookim najlepszym przyjacielem...
– Cristiano – wyduszam, a moje palce zaciskają się na materiale jego koszuli. Wpatruję się w niego bez mrugnięcia okiem, jakby miał zniknąć, gdybym tylko na sekundę odwróciła wzrok – jakbym miała go znów stracić, tym razem na zawsze.
– Hej, malutka – mruczy, gładząc mnie miękko po policzku. – Już nigdy nie spuszczę cię z oczu.






