Punkt widzenia Alfy Colta
Otwierając drzwi, zastaję pustą sypialnię i szeroko otwarte okna. Zasłony łopoczą na wietrze.
"Pieprzony kretyn!" przeklinam samego siebie. Nie skułem jej ponownie, wierząc, że jest bezpiecznie zamknięta w sypialni. Nie przyszło mi do głowy, że okna mogą nie być zablokowane.
Wychylając się przez okno, wyłapuję jej cytrusowy zapach. Była sama, nikt jej nie pomagał. Choć byłem pod wrażeniem, że wylądowała, nie robiąc sobie krzywdy. Lilah nie była w najlepszej formie, a odległość do ziemi wcale nie była mała.
Wołam ją przez więź myślową, akurat gdy widzę, jak jej stopa znika w lesie. Nie odpowiada. Byłem zarazem zirytowany i zaskoczony, że już próbuje uciekać. Myślałem, że przynajmniej poczeka, aż poczuje się lepiej.
"Głupia, pieprzona dziewczyna!" mruczę pod nosem.
Pędząc przez dom stada, wpadam na Alfę Wyatta. O dziwo, Juniper nie wisiała na jego ramieniu.
"Coś nie tak?"
"Lilah uciekła!"
"Och! Idziesz za nią?" dopytuje.
"Oczywiście, że tak. Ona nie ma pojęcia, gdzie jest. Raczej nie jest tam w dobrych rękach, prawda?!" Ten idiota zawsze zadawał mi głupie pytania.
"Czy twój pokój nie wychodzi na las?" dopytuje.
"Tak, dlaczego?" Przydzielił mi ten pokój, powinien o tym wiedzieć.
Zaciska szczękę. Coś ukrywał. "Lepiej powiedz mi to natychmiast!"
"Mamy problem z Likanami-Banitami." Odwraca wzrok, ale wiedziałem, że to nie wszystko. "Straciliśmy przez nich kilku członków stada."
"Likanowie-Banici?" Musieli pochodzić sprzed lat, z czasów, gdy rządził mój ojciec. Banici nie byli dla mnie problemem. Wygnanie to strata czasu. Banici tylko przysparzaliby kolejnych kłopotów. Śmierć to proste rozwiązanie, dzięki któremu nigdy więcej nie musiałbym się nimi martwić.
Przytakuje mi głową. "Zajęli tereny na obrzeżach mojego stada, po drugiej stronie strumienia."
"Dlaczego, do kurwy nędzy, nikt nic nie powiedział? Mógłbym się nimi zająć zaraz po przyjeździe." To stado było w rozsypce. Alfa był mięczakiem, a o jego żonie nie mogłem powiedzieć wiele, poza tym, że była irytującą suką.
"Nie chcieliśmy być twoimi dłużnikami!"
"Zawsze będziesz moim dłużnikiem. Rozumiesz?! Jestem twoim Królem. To pierwsze ostrzeżenie, Wyatt."
Wpychając go na ścianę, wybiegam z domu. Pędząc wokół budynku, wpadam do lasu, w którym widziałem, jak znika Lilah. Jej zapach był silny, a ona sama była zirytowana. Tyle potrafiłem wyczuć przez więź.
Zrzucając z siebie ubranie, przemieniam się w moją bestię. Przy prawie siedmiu stopach wzrostu, z szerokimi ramionami i plecami, można by pomyśleć, że usłyszysz, jak nadchodzę. Ale nic bardziej mylnego.
Poruszając się ostrożnie, stawiam łapy tak, by niczego nie naruszyć. Miękka ziemia dopasowuje się do moich stóp.
Jej zapach był łatwy do wyśledzenia. W pewnym miejscu stał się intensywniejszy. Zgaduję, że usiadła na chwilę, próbując złapać oddech.
Każdy instynkt podpowiadał mi, by ją zawołać, rozkazać jej wracać. Ale przez to znienawidziłaby mnie jeszcze bardziej. Nie tego potrzebowałem. Zamiast tego chcę za nią iść. Chcę wiedzieć, jaki ma plan, co zamierza zrobić.
Wyłapując dźwięki strumienia, wpadam w lekką panikę. Wiedząc, co powiedział Wyatt. Byliśmy blisko Banitów, a Lilah zmierzała prosto na nich.
Moja łapa trafia na gałązkę i czuję, jak jej irytacja zmienia się w strach. Jej zapach również się zmienia, mieszając z innym. Nie była sama. Kurwa!
Pędząc na czterech łapach, szarżuję w stronę strumienia, akurat gdy Lilah wydaje z siebie stłumiony dźwięk.
"Lilah, mów do mnie." Odezwałem się do niej przez więź, mając nadzieję, że coś powie, ponieważ jej umysł stał się pusty. Jej uczucia zanikły.
Nurkując przez strumień w niemal czarny las, wydaję z siebie ryk. Banita czy nie, jeśli narażają Lilah na niebezpieczeństwo, ich życie dobiegło końca.
Jej zapach jest tu niemal zagłuszony przez Banitów. Gdybym nie był jej przeznaczonym, prawdopodobnie nie byłbym w stanie jej wyczuć.
"Lilah!" wołam ją ponownie przez więź. Potrzebowałem, żeby walczyła. Banici byli innym rodzajem Likanów. Byli zdziczali i żywili się ludźmi, wilkami i innymi Likanami.
Pędząc naprzód. Widzę jej ramiona rozciągnięte na ziemi, wpół ukryte przez gęsty krzak. Coś wciąga ją w zarośla. Nie wydaje z siebie żadnego dźwięku.
Skacząc na to, ląduję na Likaninie-Banicie. Jego ciemnożółte oczy żarzą się w moim kierunku w ciemnościach.
"Ona jest moja!" warczę.
"Ja ją znalazłem" odwarkuje.
"Kłaniaj się, pieprzony idioto. Jestem twoim Królem!"
Banita zerka na mnie, a potem na Lilah. Zaczyna się śmiać. "Ona jest wilkiem. Jaki Król Likanów jest przeznaczony wilkowi?"
Zamierza się na mnie, podczas gdy ja zaciskam zęby na jego nodze. Jego pazury wbijają się w moją skórę, przecinając ją, rozrywając mi plecy. Pół śmieje się, pół wyje, myśląc, że wygrał. Podnosząc się na nogi, staję między Lilah a Banitą. Jego żółte oczy przeszukują mnie, jakby szukał słabego punktu. Rzuca się na mnie, gdy ja wbijam pazury w jego brzuch.
Zaciskając wolną dłoń na jego szyi, pozwalam moim pazurom zagłębić się w jego gardło. Moja dłoń zaciska się coraz mocniej i mocniej. Jego żółte oczy wychodzą z orbit. Wydaje z siebie bulgoczące dźwięki, gdy jego szyja odrywa się od ramion.
Rzucam jego głowę na ziemię. Odwracając się, by podnieść Lilah, byłem gotów zabrać ją do domu. Ale po raz kolejny poczułem jej strach. Była przytomna i wpatrywała się we mnie. Jej szare oczy były szeroko otwarte.
"Zabiłeś go!"





![Jego Złamana Omega [MM]](https://cos.storiesnook.com/2026/03/27/2f8b2936c0ba4205abe3cbe5f4a6913c.jpg?imageMogr2/crop/190x328/gravity/centerd)
