languageJęzyk

Rozdział piąty

Autor: Aurora Sánchez21 kwi 2026

Słyszałam podniesione głosy za drzwiami mojego pokoju, ktoś wrzeszczał jak banshee. Naprawdę nie chcę wiedzieć, kto to taki.

Po pysznym lunchu z mamą wróciłam do siebie. Przez cały posiłek matka wydawała się nieobecna. Jakby z jakiegoś powodu była smutna. Opowiadałam jej różne historie o akademii, o Lilianie i Chiarze.

Kiedy zapytałam, co ją rozprasza albo smuci, uśmiechnęła się i obróciła to w żart. Mam po prostu przeczucie, że to coś związanego z ojcem. Czy znowu ją zdradzał? Albo źle traktował. Nic nie chciała mi powiedzieć.

W mojej rodzinie to całkiem normalne, że mężczyźni mają kochanki. Wręcz się tego oczekuje.

Pewnego razu, gdy miałam dwanaście lat i szukałam mamy, nie znalazłam jej ani w sypialni, w której najchętniej przebywa, ani w bibliotece na parterze, więc postanowiłam zapytać ojca. Nakryłam go w gabinecie z inną kobietą; strój, który miała na sobie, wyglądał jak mundurek służącej.

Później tego samego dnia opowiedziałam matce o tym, co widziałam. Po prostu się uśmiechnęła i odparła, że to pomaga mu się zrelaksować.

Teraz, gdy o tym myślę, mama nie wydawała się ani trochę zaskoczona, czy choćby smutna. Zirytowana, tak, ale nigdy smutna.

Więc, niech mnie Bóg broni przed poślubieniem mężczyzny z tej rodziny.

Postanowiwszy sprawdzić, co do cholery się dzieje, zwlekłam się z łóżka, wsunęłam klapki i zeszłam na dół.

Jak to się mówiło? Ciekawość zabiła kota. Cóż, w moim przypadku ciekawość zabiłaby Tori.

Moje stopy bezszelestnie stąpały po schodach, gdy szłam w stronę salonu na pierwszym piętrze.

Tutaj głosy były niesamowicie donośne.

Gdy tylko stanęłam na najniższym stopniu, coś przemknęło mi obok głowy i uderzyło w ścianę. Roztrzaskując się na dziesiątki kawałków.

Czy to był telefon?

– Co u diabła, ojcze!!! – wrzasnął piskliwy głos, po czym rozległ się dźwięk kolejnego tłuczonego szkła.

Teraz z salonu dostrzegam dwie jasnowłose postacie stojące na środku pokoju.

Caterina i jej równie diabelska matka.

– To ja powinnam wychodzić za mąż, a nie ta dziwka! – krzyknęła Caterina.

Kogo Rina nazywa dziwką? To miano było zazwyczaj zarezerwowane dla mnie.

Nie mam pojęcia, jakim cudem uchodzi jej na sucho takie odzywanie się, zwłaszcza przy ojcu.

– Jestem od niej starsza. Od tego zera! Nie może wyjść za mąż przede mną! To obelga dla mojego honoru i kobiecej dumy! – krzyknęła Katerina, tupiąc nogą. Cóż, to coś nowego.

– Ty? Duma? Rina, tak naprawdę? – zakpił Carmine. Gdybym stała bliżej niego, poprosiłabym o przybicie piątki. Pomyślałam dokładnie o tym samym.

– Co tu się dzieje? – zapytał ktoś za mną, a ja pisnęłam, odwracając się, by dostrzec mojego ojca.

– Vittoria – powiedział beznamiętnym głosem.

Mój ojciec to przystojny mężczyzna, w świetnej formie jak na swoje czterdzieści parę lat. Krótko ostrzyżone jasnobrązowe włosy; z miejsca, w którym stoję, widzę, że ma na skroniach więcej siwizny niż dawniej. Jego ostre, brązowe oczy, których spojrzenie zawsze dawało mi poczucie smagnięcia biczem, wpatrują się we mnie nawet teraz.

Można by pomyśleć, że po tym, jak nie widział mnie przez prawie trzy lata, będzie chociaż odrobinę zadowolony na mój widok.

Kiedy byłam mała, zawsze chciałam go zadowolić. Pomagałam mamie w przygotowywaniu kolacji i dbałam o dobre oceny, żeby uśmiechnął się do mnie bodaj ten jeden raz, ale nigdy tego nie zrobił. Ciągle błagałam o jego uwagę, a on odpowiadał jedynie, i tu cytuję: „Idź zawracać głowę matce, Vittorio”. To łamało moje małe serduszko. Ale teraz już do tego przywykłam.

– Ojcze – odpowiedziałam równie beznamiętnym głosem.

Moja matka stoi u jego boku.

– Ty głupia suko! – Szybko się odwróciłam i zobaczyłam Caterinę ruszającą w moją stronę, po czym natychmiast została powstrzymana przez swoją matkę.

– Nie teraz, moja droga – odzywa się ciotka Silvia.

– Cześć, Rina – witam się z lekkim uśmiechem, omiatając wzrokiem pokój.

Na drugim końcu salonu siedział Marcello, ojciec Riny, mój wujek; w swoim zwykłym, czarnym garniturze, białej koszuli i czarnym krawacie. Chyba w całym swoim siedemnastoletnim życiu ani razu nie widziałam go w czymś innym niż garnitur. Przepraszam, w zasadzie osiemnastoletnim. Wciąż zapominam, że właśnie skończyłam osiemnaście lat.

Po drugiej stronie kanapy siedzi jego syn, Carmine, młodszy brat Riny, a zarazem mój ulubiony kuzyn.

– Śmiesz podnieść na mnie rękę – przeniosłam ostre spojrzenie z powrotem na Rinę, która teraz wytykała mnie swoim perfekcyjnie wymanicurowanym palcem. Wszyscy odwrócili się w moją stronę.

Okej, zastanawiałam się, jak z tego wybrnąć. Wiedziałam, że nie ma mowy, by puściła to płazem.

W mafii uderzenie kogoś, kto przewyższa cię rangą lub wiekiem, jest po prostu... złe. Prawdę mówiąc, to się w ogóle nie zdarza, absolutnie nigdy.

Właśnie dlatego ona i jej matka Silvia zawsze źle traktowały mnie i moją mamę, i wszystko uchodziło im na sucho.

Pomyślałam, żeby udawać głupią i zachowywać się, jakby postradała zmysły.

– O czym ty mówisz? Dopiero co przyszłam – powiedziałam z konsternacją wypisaną na całej twarzy; to ten sam wyraz, którego używam, kiedy zakradam się z powrotem do akademika po ciszy nocnej i zostaję złapana przez ochronę.

Nie było mowy, żebym przyznała się do uderzenia kuzynki. Nie tylko zostałabym ukarana za brak szacunku, ale musiałabym też wytłumaczyć, z jakiego powodu przebywałam w pewnym klubie nocnym.

– Nie waż się rżnąć głupa, widziałam cię w klubie dwie noce temu! – warknęła, tupiąc nogami tak, że prawie doprowadziła mnie do śmiechu. Bardzo to dojrzałe. Wyglądała wręcz komicznie w swojej żółtej letniej sukience i czerwonych klapkach na obcasie.

– W klubie nocnym? Ty byłaś w klubie nocnym? – wyrzuciłam z siebie, grając zaskoczoną. Wow, od kiedy to potrafię tak przekonująco kłamać?

– Byłaś w klubie nocnym? – zapytał Marcello zabójczym głosem. Teraz wzrok wszystkich spoczął na Caterinie.

– Mm n-nie, o-oczywiście, że nie, ojcze – wydukała, uświadamiając sobie swój błąd.

Walczyłam z uśmiechem, który cisnął mi się na usta, uśmiechnęłabym się szeroko, gdyby mnie to nie zdradziło.

– Nie waż się mnie okłamywać, Caterina, co mówiłem na temat puszczania się? – Marcello spiorunował ją spojrzeniem.

Chciała wpędzić mnie w kłopoty. A teraz role się odwróciły.

– To wina tej suki. – Wskazała na mnie.

– A jak niby to moja wina? – zapytałam.

– Mamy ważniejsze rzeczy na głowie, Marcello, zdyscyplinujesz córkę później – powiedział ojciec zza moich pleców, idąc w stronę kanapy, by zająć miejsce. Mama podążyła za nim i pociągnęła mnie za sobą. Szarpnęła mnie delikatnie, żebym usiadła u jej boku.

Wydała z siebie cichy dźwięk niesmaku na widok moich włosów, po czym przeczesała palcami kosmyki opadające mi na twarz. Brakowało mi tego, jej troski o mnie. I tego, jak ja udawałam, że jest to dla mnie utrapieniem.

– Potrzebujesz zabiegów na włosy, skarbie – stwierdziła, kiedy w końcu odtrąciłam jej dłonie.

– Cześć Tori, dobrze wyglądasz – odezwał się Carmine. Zawsze był dla mnie miły, w przeciwieństwie do swojej matki i siostry.

– Dziękuję, Carmine – uśmiechnęłam się.

– Vittoria? – Spojrzałam w górę na Marcella, gdy wywołał moje imię.

Uśmiechnęłam się do niego. Nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.

Wszyscy przez moment milczeli. Było niezręcznie, to na pewno... Naprawdę.

– Jak tam twoja nauka? – zapytał Marcello. Widziałam, że zmaga się z doborem słów. Marcello nigdy nie rozmawiał ze mną zbyt często, w sensie, mogłabym dosłownie zliczyć na palcach ilość razy, kiedy się do mnie odezwał, mimo że od mojego urodzenia mieszkaliśmy w tym samym domu.

– W porządku, proszę pana – odpowiedziałam.

– To dobrze – mówi po chwili; jego czarne włosy są gładko zaczesane do tyłu.

Znów powróciliśmy do niezręcznej ciszy, a kiedy dłużej nie mogłam tego znieść, wypaliłam: – Cóż, więc kto bierze ślub? – pytam, chcąc przy okazji zmienić temat.

Wszyscy natychmiast wbili we mnie wzrok. Dlaczego wszyscy tak na mnie patrzyli?

– Czy to ja mam jej powiedzieć, czy ktoś inny czyni honory? – zadrwiła Rina.

O co jej chodzi? To znaczy, pomijając policzek, ale na niego akurat zasłużyła.

– Powiedzieć co? – Rozglądam się wokół.

– Ty wychodzisz za mąż, Tori. To ty bierzesz ślub – powiedział Carmine.

Zamarłam. Z moich ust wymsknął się śmiech.

– To był żart, prawda? – zapytałam cicho, kiedy reszta mi nie zawtórowała.

Nikt nic nie odpowiedział.

Kłamią. Muszą kłamać.

– Mamo? – odezwałam się, spoglądając na matkę i podnosząc się z sofy.

– Tak mi przykro, kochanie – odparła, a w jej oczach zalśniły łzy.

– Błagam, powiedz, że to kłamstwo? – proszę.

– Wszyscy jesteście kłamcami! – krzyknęłam.

Teraz łzy spływały po moich policzkach.

– Tak mi przykro, Tori...

– TO JEST SZALONE, MAMO! Obłęd! Jesteście wszyscy szaleni!!! – wrzasnęłam.

– Nie odzywaj się w ten sposób do matki... – zaczął ojciec, ale wpadłam mu w słowo.

– Nie obchodzi mnie to. To głupie. Nie wychodzę za mąż! Słyszycie mnie? – wycedziłam z odrazą.

Mama już płakała. Marcello wyglądał na znudzonego, Ojciec wydawał się wściekły, a twarz Carmine'a pozostawała bez wyrazu. Rina i jej matka zdawały się mieć z tego niemałą frajdę, i oczywiście, że tak było.

– Uważaj na słowa, Vittorio – rzekł ojciec.

– Dopiero co wróciłam do domu, dlaczego znów mnie odsyłacie? – załkałam. Nie czekam na ich odpowiedź. Odwróciłam się i odeszłam, biegnąc prosto do mojego pokoju.

To nie może się dziać. Po prostu nie może.

Nie wychodzę za mąż.

Najnowszy rozdział

Łączna liczba rozdziałów: 120

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki