***
Nie wiem, co powinnam czuć, widząc znajome budynki prowadzące do mojego domu, chociaż właściwie nie mogę go tak nazwać. Mam na myśli to, że dom to miejsce, w którym czujesz się bezpieczna i szczęśliwa. Prawda?
Prawdopodobnie powinnam być podekscytowana, gdy się zbliżaliśmy. Czy nie powinno się czuć bezgranicznej radości z powodu powrotu do domu i ponownego spotkania z członkami rodziny?
Chiara i Liliana w akademii zawsze rozmawiały o tym, jak bardzo tęsknią za rodziną.
Ja zawsze mówiłam tylko o swojej matce.
W razie gdybyście nie zauważyli, w akademii chodziło tylko o bogate dzieciaki dzianych rodziców, którzy mają już dość lub nie mają czasu dla swoich rozwydrzonych bachorów.
Przez połowę czasu Chiara i Liliana często narzekały na brak wolności i na to, że czują się zamknięte w szkolnych murach.
Kiedy widzę, jak grube, czarne, wzmocnione drzwi z tytanu rozsuwają się, dostrzegam wokół kompleksu kilkunastu uzbrojonych strażników. Jestem całkiem pewna, że byli też tacy, których nie mogłam dostrzec.
SUV, w którym siedziałam, zatrzymał się przed parą wielkich drzwi. Nie żebym spodziewała się, że ktoś będzie czekał na mój przyjazd. No dobrze, może chociaż moja matka.
Ktoś, konkretnie kierowca, otworzył mi drzwi, abym mogła wysiąść, co też uczyniłam. Trzymał już w rękach obie moje walizki.
– Dzięki, stąd zabiorę je sama – powiedziałam, chwytając za rączki, podczas gdy moja dłoń otarła się o jego rękę. Szybko ją puścił i wrócił do samochodu, zgaduję, że po to, by zabrać resztę moich rzeczy, głównie przybory plastyczne. Nie zostało ich już tak wiele.
Odwracając się, widzę potężny, potworny budynek, który nade mną góruje. Poczułam się, jakby zrzucono mi na te moje małe ramiona tysiąc funtów. Nie byłam tu od prawie trzech lat.
Moje przyjaciółki uważały, że akademia odebrała im wolność, ale nie ja. Dla mnie akademia była wolnością, była moim powiewem świeżego powietrza.
A to było moje więzienie. To... To jest moje więzienie.
– Dam radę – szepnęłam do siebie.
Wzdychając, popchnęłam torby przed siebie. Pchnęłam drzwi i weszłam do środka.
– Nie może być tak źle.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, był ogromny salon, który okazał się pusty. Spodziewałam się tego. Pierwsze piętro to głównie kuchnia, jadalnia, salon i kilka kwater dla służby, a z boku znajdowały się wspaniałe schody prowadzące na drugie piętro. Zajmowało ono głównie mnóstwo sypialni wielkości apartamentów, kilka pokoi gościnnych i gabinet.
Na trzecim piętrze znajdowały się główne sypialnie i tuzin innych pokoi, co do których nie mam pojęcia, do czego służyły. Nie żeby kiedykolwiek pozwalano mi na ich zwiedzanie.
Wszystko wyglądało niemal tak samo, jak wtedy, gdy wyjeżdżałam. Rozglądając się, szukam wzrokiem kogokolwiek, kto mógłby mi powiedzieć, gdzie jest matka.
Zostawiając torby, postanawiam sprawdzić kuchnię. Kiedy wchodzę, dostrzegam niską kobiecą sylwetkę, którą od razu rozpoznaję, znam ją od urodzenia.
– Pani Roso! – krzyknęłam z ekscytacją.
Odwróciła się gwałtownie.
– Tori? Och, moje słodkie dziecko – powiedziała, wycierając dłonie w fartuch.
Pobiegłam w jej stronę, rzucając się na nią i niemal wyciskając z niej życie.
– Kiedy wróciłaś? – zapytała, odwzajemniając uścisk.
– Właśnie przyjechałam.
– Niech no na ciebie spojrzę – powiedziała, odsuwając mnie, by móc mi się lepiej przyjrzeć.
– Spójrz, jaka duża urosłaś, moje dziecko.
– Nie tak duża jak ty – mówię żartobliwym tonem.
– Dobrze wyglądasz, jak tam w szkole? Tak bardzo za tobą tęskniłam – powiedziała pani Rosa, ocierając teraz z twarzy pojedyncze łzy.
– Ja też za panią tęskniłam, pani Roso. A w szkole było w porządku.
– Tak się cieszę, że wróciłaś. Widziałaś się już z matką?
– Nie, a gdzie jest?
– Powinna być na drugim piętrze.
– Okej. Co pani gotuje? Pachnie wybornie, nawet pani nie wie, jak bardzo brakowało mi pani jedzenia – jęknęłam dramatycznie.
– Obiad jest prawie gotowy. A teraz idź zobaczyć się z matką – potarła moje ramiona.
– Dobrze, pani Roso – powiedziałam, przytulając ją jeszcze raz przed wyjściem.
Weszłam po schodach. Pierwsze i drugie piętro. Tyle schodów, można by pomyśleć, że po tylu latach zainstalują tu gdzieś windę.
Dom był naprawdę duży. Miał zachodnie i wschodnie skrzydło. Matka zajmowała wschodnie skrzydło dwa lata temu, jestem pewna, że to się nie zmieniło.
We wschodnim po prawej stronie znajdował się salon. Sypialnie były po lewej. Prawie minęłam salon, kierując się prosto do pokoju matki. Kiedy byłam młodsza, zazwyczaj spędzała w swoim pokoju tak dużo czasu, teraz nie mam już tej pewności.
Uznawszy, że nie zaszkodzi sprawdzić, ruszyłam w stronę salonu.
Wchodząc do pokoju, na chwilę zamarłam. Oto i ona... Moja matka, nie było co do tego wątpliwości, jej ciemnobrązowe włosy, zupełnie jak moje. Tam, na sofie przed telewizorem.
Zmuszając się, by oprzytomnieć.
– Matko – szepnęłam.
Jej głowa odwróciła się gwałtownie, a w jej spojrzeniu zagościł szok.
– Tori.
– Mamo – powiedziałam, podchodząc do niej, podczas gdy ona wstała. Otworzyła ramiona, a ja w nie wpadłam.
Jak ja za nią tęskniłam. – Tak bardzo. bardzo za tobą tęsknię, mamo.
Odsuwając mnie: – Moje maleństwo, daj mi na ciebie popatrzeć, ależ ty urosłaś, jesteś już kobietą.
Hę!
– Nie mów takich dziwnych rzeczy, mamo. Wciąż jestem twoim maleństwem – moja twarz zapłonęła.
– Daj mi się znowu przytulić. Ja też za tobą tęskniłam – powiedziała, ponownie wciągając mnie w swoje ramiona. Ściskam ją mocno, wdychając jej zapach.
– Chodź, maleństwo, usiądź i opowiedz mi wszystko, jak tam w szkole? A twoje egzaminy, dobrze ci poszło? Czy ktoś cię dręczył? Bo jeśli tak, to...
– Wow, mamo, wyluzuj – wtrąciłam.
– Wszystko jest okej, obiecuję – mówię, trzymając ją za ręce.
Wiele lat temu, kiedy dopiero co dostałam się do akademii, byłam trochę samotniczką.
Nie przyjaźniłam się wtedy z Lilianą i Chiarą. Powiedzmy, że zawieranie znajomości sprawiało mi trudność. Dorastając, miałam ograniczony kontakt z osobami z zewnątrz i tak czy inaczej, nie miałam zbytniego doświadczenia w tym temacie. W zawieraniu przyjaźni.
A do tego byłam przerażona, że mogłabym komuś wygadać, że nasza rodzina należy do Mafii.
Wspominałam już, że niektóre bogate dzieciaki potrafią być wręcz wredne?
Byłam strasznie prześladowana. Dziewczyny, zwłaszcza te rozpuszczone, nazywały mnie brzydką i bezkształtną.
Chłopacy mnie podrywali, a kiedy im odmawiałam, chociażby najgrzeczniej jak potrafiłam, wściekali się i wyzywali mnie od najgorszych. Pewnego razu jakiś chłopak, Marco, był kompletnym palantem, przyparł mnie do muru w bibliotece. Byłam tak bardzo przerażona, ale Liliana i Chiara mnie uratowały.
Wtedy były tylko moimi współlokatorkami, ale po tamtym incydencie zaczęłam się przed nimi otwierać.
Nauczyły mnie, jak bronić się słowami, bo nie byłam dość silna, by używać pięści.
– Cieszę się, Toriu – powiedziała mama, ujmując moje dłonie w swoje.
– Więc jak się miewałaś, mamo?
– Wszystko dobrze.
– A co... yyy, co z tobą i ojcem? – Zadanie tego pytania męczyło mnie od dłuższego czasu. Kiedy wyjeżdżałam, nie odzywali się do siebie, a to wszystko dzięki komuś. Mnie.
Rok temu, kiedy matka przyjechała odwiedzić mnie w szkole, odmówiła rozmowy na ten temat. Martwiła się o mnie.
– Nie martw się o swojego ojca. Dlaczego nie pójdziesz się przebrać, rozpakować i trochę odpocząć? Zawołam cię, kiedy obiad będzie gotowy – poprosiła moja mama.
Mi to pasuje. Jestem wyczerpana.
– Chcesz się mnie tak szybko pozbyć. W porządku – powiedziałam z udawaną irytacją.
Wstając, pocałowałam ją w policzek i odeszłam.






