- Sera -
Przewracałam się z boku na bok przez całą noc, mając nadzieję, że akurat tej nocy uda mi się porządnie wyspać. Zegar na szafce nocnej wskazuje czwartą rano; czas wstać, a ja ledwo co wypoczęłam. Wkładam legginsy, stanik sportowy, luźną koszulkę na ramiączkach, buty do biegania i ruszam w drogę.
O tej porze dnia las zapiera dech w piersiach; moją drogę oświetla jedynie delikatny blask nadchodzącego dnia. Ptaki zaczęły się budzić i śpiewać, nocne stworzenia wracają do swych nor, a mgła snująca się między drzewami sprawia, że wszystko wydaje się tak bardzo żywe.
Zatrzymuję się w moim stałym miejscu, na klifie otulającym nasz słynny wodospad. Znajduje się około dziesięciu mil od domu stada i obecnie odwiedzany jest jedynie podczas specjalnych ceremonii czy uroczystości. Szkoda, że ludzie nie przychodzą częściej, by go podziwiać.
Obsydianowy Wodospad bierze swoją nazwę od kruczoczarnego kamienia, który go otacza. Gładka, lśniąca warstwa ciemnych minerałów, niespotykanych nigdzie indziej, pokrywa sześćdziesięciostopowy klif, z którego spada woda; głębokie jezioro u jego podnóża wypełnia krystalicznie czysta woda, ukazująca całe skaliste, mroczne dno. Przy odpowiednim świetle księżyca cały wodospad wydaje się być zbudowany z czystego obsydianu. Łagodny spadek wody czyni to miejsce również idealnym do medytacji.
Zamykając oczy, zaczynam się rozciągać, oddychać i oczyszczać umysł, ale gdy mam już usiąść, czuję, jak wszystko wokół mnie zamiera, a po plecach przechodzi mi dreszcz. Moje oczy gorączkowo skanują otoczenie, od drzewa do drzewa, od rośliny do rośliny. Las próbuje mi przekazać, że coś jest nie tak; w mojej głowie dzwonią dzwonki alarmowe, a wzdłuż kręgosłupa pełznie strach.
– Tobie również „dzień dobry” – przerywam jej, zanim zdąży kontynuować.
– Potrzebuję zwiadowców przy Obsydianowym Wodospadzie.
– Sero, co się stało?
– Jeszcze nie wiem, ale...
– Tak, wiem.
Nie minęło dziesięć minut, a dołącza do mnie około dwudziestu pięciu zwiadowców; gdy się zbliżają, czują w powietrzu to samo napięcie co ja. Nasza Alfa przybywa krótko potem, w towarzystwie swojego partnera w wilczej postaci. Wszyscy czujemy niepokój, ale nikt tak bardzo jak ja. Nawet w ludzkiej formie nikt nie jest tak zestrojony z lasem jak ja. Nasza Alfa odzywa się pierwsza:
– Cokolwiek to jest, nie wpływa tylko na Serę. Wszyscy dobierzcie się w pary i przeszukajcie las, zaczynając od strony północnej. Informujcie mnie na bieżąco.
Zwiadowcy robią, co im kazano, wpadając do lasu z wyciem. Nasza Alfa odwraca się do mnie:
– Powinnaś wrócić z nami, Sero. Masz przed sobą ważny dzień.
– Jeśli nie masz nic przeciwko, Alfo... – Wydaje z siebie pomruk.
– Jeśli nie masz nic przeciwko... Callie... Zostanę tu trochę dłużej. Może w czymś pomogę.
Callie, nasza Alfa, jest córką poprzedniego Alfy i moją najlepszą przyjaciółką. Znamy się od dziecka i wiemy o sobie wszystko, ale teraz, gdy jest naszą Alfą, ta wiedza wydaje się nieco natrętna. Nie wypada mi wręcz nazywać jej po imieniu. Posyła mi zmartwione spojrzenie.
– Proszę, uważaj na siebie; może i jesteś jedną z naszych najlepszych wojowniczek, ale wciąż nie potrafisz się przemieniać. Cokolwiek tam jest, ma w sobie dość siły, by wzbudzić w nas wszystkich niepokój.
Na te słowa opuszczam głowę, a ona wzdycha. Fakt, że nadal nie potrafię się przemienić, od dawna spędza mi sen z powiek. Każdy porządny wilk potrafi przejść przemianę w wieku dwunastu lat. Ja mam dwadzieścia trzy i wciąż nie mogę nawiązać więzi ze swoim wilkiem; czasami zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle jestem wilkołakiem.
Zauważam, jak Callie próbuje niezdarnie wgramolić się na grzbiet swojego męża. Nienawidzi na nim tak jeździć, ale w jej zaawansowanej ciąży nie zostawił jej wyboru. Pomagam jej wejść na górę, a on delikatnie wstaje, pochylając głowę w moim kierunku w niemym „dziękuję”. Callie ściska moją dłoń, po czym puszcza ją i wyrusza ze swoim partnerem.
Kiedy znikają z pola widzenia, zdejmuję buty i kucam na ziemi, zanurzając obie dłonie głęboko w glebie. Biorę głęboki oddech i zaczynam. Gdy łączę się z lasem, moje ciało pokrywa gęsia skórka. Wiatr znów zaczyna wiać, łagodząc wcześniejszą duchotę.
Oczyszczam umysł i skupiam się wyłącznie na zmysłach; na tym, jak wilgotne wydaje się powietrze, którym oddycham, jak moje włosy powiewają na wietrze, jak wszystkie włoski na moim ciele stają dęba.
5 minut
15 minut
30 minut
Mimo moich największych starań, nic nie wyczuwam. Wygląda na to, że cokolwiek tu było, zniknęło razem z tym upiornym uczuciem. Z westchnieniem biorę buty do ręki i zaczynam iść boso przez las, kierując się z powrotem do domu stada.
Gdy zbliżam się do skraju lasu, mając już w zasięgu wzroku dom stada, wiatr zaczyna wiać mi w plecy, a ja staję jak wryta. Nie muszę się nawet odwracać, by to wyczuć. Unoszę twarz, by pociągnąć nosem, i zapach jest nie do pomylenia.
Pachnie krwią. Dużą ilością krwi.
Truchtem wracam do domu stada i do swojego pokoju. Zapach krwi był intensywny, ale nie dało się określić, czyja to krew ani skąd pochodzi.
Po szybkim, gorącym prysznicu przebieram się w strój medyczny i chwytam swoją torbę na resztę dnia. Kierując się do stadnej kliniki, pomijam śniadanie.
Wchodzę do kliniki spięta, jakby w każdej chwili mogło się coś wydarzyć. Zaczynam czuć się nieco paranoicznie.
– Hej, Ruby? Mamy jakieś nowe przyjęcia?
Ruby, nasza przełożona pielęgniarek, posyła mi zdziwione spojrzenie, sprawdzając jeszcze raz karty pacjentów. Zauważam, że jej zazwyczaj długie, ciemne loki zostały wyprostowane, a tusz do rzęs idealnie podkreśla jej niebieskie oczy. Dobiega czterdziestki i jest wyjątkowo piękną kobietą o promiennej, ciemnej skórze.
– Nie, pani doktor, jak dotąd zapowiada się spokojny dzień.
Nie mogę się powstrzymać i omiatam szybkim spojrzeniem cały ostry dyżur, byle tylko ukoić nerwy. Ten niepokój wydaje się nie do opanowania, to prawie tak, jakbym przyniosła ze sobą z lasu zapach krwi; czuję go wszędzie.
Może jestem spięta tylko dlatego, że to dla mnie wielki dzień, dzień, który zmieni moje życie. Dzisiaj odbywa się przyjęcie pożegnalne doktora Harrisona odchodzącego na emeryturę, co oznacza, że dzisiaj zostanę głównym lekarzem w klinice.
Nasze stado ma największą populację wilków spośród wszystkich głównych stad w kraju; to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że strzeżemy południowej granicy z terytorium likanów. Wilkołaki i likanie podpisali traktat pokojowy ponad czterdzieści lat temu z inicjatywy ówczesnego króla likanów. Wcześniej obie rasy nieustannie toczyły ze sobą wojny; o terytorium, o partnerów, o źródła pożywienia, dla... zabawy? Likanie to powszechnie znane z wojowniczości stworzenia, nawet między sobą.
Klinika opiekuje się całą populacją wilków w naszym stadzie, a jako główny lekarz będę musiała nadzorować wszystkie działania placówki, nawet te administracyjne. Mówiąc szczerze, czuję się zupełnie nieprzygotowana do udźwignięcia takich obowiązków; spałam najwyżej cztery godziny w nocy, stresując się tym na zapas.
Przez resztę poranka robię swój zwykły obchód, a wszystko to w ramach przygotowań do przyjęcia. Doktor Harrison to jedna z najważniejszych osób w moim życiu; ciężko pracowaliśmy, by uczynić ten dzień dla niego wyjątkowym. Wziął mnie na swoją praktykantkę, gdy nikt nie dostrzegał we mnie żadnego potencjału.
Miałam zaledwie dwanaście lat, ale już uczyłam się podstaw chirurgii; mimo młodego wieku miałam do tego żołądek. Wcześnie ukończyłam liceum i udało mi się dostać prosto na studia medyczne, które ukończyłam jako najlepsza na roku. A jednak stałam teraz przed tym nowym wyzwaniem, cholernie niespokojna.
–
Minęła piąta i wszystko przebiegało raczej spokojnie. Jestem gotowa przekazać swoich pacjentów kolejnej zmianie, nie mogąc się doczekać, by mieć już z głowy to przyjęcie pożegnalne. Zamierzam połączyć się telepatycznie z Callie, ale ona mnie ubiega.
– PRZYGOTUJCIE SIĘ! – krzyczy w mojej głowie.
Zanim zdążę ją o cokolwiek zapytać, słyszę zamieszanie na zewnątrz. Ciężko ranny wilkołak wpada przez drzwi ostrego dyżuru, niosąc nieprzytomnego wilka. Pędzę do nich, a pielęgniarki, które zdążyły już założyć sukienki i szpilki, ruszają im na pomoc. Kładziemy nieprzytomnego wilka na łóżku szpitalnym, a on przemienia się w ludzką postać. Drugi wilk upada z sił, więc pomagamy mu przenieść się na inne łóżko. Na dźwięk zamieszania ze swojego gabinetu wychodzi doktor Harrison.
– Sero, zajmij się Calebem. Ruby, przygotuj defibrylator. Chloe i Harper, naszykujcie salę operacyjną. – Nie dało się przeoczyć ponaglenia w jego głosie.
Zaczynam sprawdzać parametry życiowe Caleba. Czy nie był on dziś jednym ze zwiadowców? Właściwie, czy obaj nie byli na zwiadzie? Wygląda na to, że ma wstrząśnienie mózgu, a jego całe ciało drży w szoku. Musimy sprawdzić, czy nie ma krwawienia wewnętrznego.
Poczucie grozy, które nosiłam w sobie przez cały dzień, wraca ze zdwojoną siłą, gdy Callie ponownie łączy się ze mną telepatycznie.
– Sero, będziemy potrzebować wszystkich rąk na pokładzie. Przygotuj swoich ludzi. Łącznie dziesięć rannych wilków, trzech likanów.
– Likanów?! Czy ty właśnie powiedziałaś: likanów?!
Wśród kolejnych ośmiu wilków, które pojawiają się w ciągu następnych pięciu minut z lekkimi lub ciężkimi obrażeniami, natychmiast wyczuwam zapach trzech likanów; dwóch z nich niesie nieprzytomnego towarzysza. Widać, że ten ledwo trzyma się przy życiu.
Kieruję ich do łóżka, a po gwałtownym ułożeniu go na nim, obaj osuwają się obok niego z wyczerpania. Nakazuję pozostałym lekarzom i pielęgniarkom zająć się wilkami, priorytetowo traktując tych, którzy wydają się tracić przytomność, ale widać, że z dystansem podchodzą do likanów. Na szczęście większość wilków ma lekkie obrażenia, głównie widoczne ślady po pazurach. Co tu się do cholery wydarzyło?
Przenoszę całą swoją uwagę na ciężko rannego likana i przez moment mam wrażenie, jakbym czuła jego zwalniające tętno we własnej piersi. Sprawdzam jego parametry, podczas gdy pielęgniarka niechętnie podłącza go do całej aparatury. Kiedy kładę dłoń na jego głowie, by unieść powiekę i sprawdzić reakcję źrenic, czuję, jak pod moimi opuszkami przepływa prąd. Co do...?
Bez ostrzeżenia jego oczy otwierają się gwałtownie, przyprawiając mnie o zawrót głowy i sprawiając, że nasze tętna szybują w kosmos. Wpatruje się we mnie badawczo; nigdy bym nie pomyślała, że to oczy mężczyzny, który ledwie uchodzi z życiem.
Szepcze coś za cicho, bym mogła to usłyszeć. Przybliżam się, a gdy ponownie szepcze, linia na monitorze EKG staje się płaska, a w mojej głowie zaczyna wirować.
Czy on właśnie szepnął... *przeznaczona?*






