- Gideon -
Zaczęliśmy biec w przeciwnym kierunku i posłałem im spojrzenie. Zmierzaliśmy na terytorium wilków i nawet nas to nie obchodziło. Baliśmy się istoty pościgu bardziej niż całej watahy wilków.
Gdy mieliśmy już przekroczyć granicę terytorium wilków, istota złapała mnie za tors i zaczęła miażdżyć. Ból był nie do zniesienia, a za każdym razem, gdy próbowałem nabrać powietrza, ściskała mnie mocniej, dusząc.
Powoli zacząłem tracić przytomność, oddając się w objęcia ciemności, wiedząc, że to koniec, ale odczuwając ulgę, że zabawiałem bestię wystarczająco długo, by Silas i Alaric zdołali uciec. Z głośnym hukiem opadłem na ziemię i ku mojemu przerażeniu ktoś mnie podniósł; wrócili po mnie, nie uciekli.
Silas podniósł mnie i zaczął biec – jeśli w ogóle można było to tak nazwać – ale potwór chwycił Alarica w pół, powoli go miażdżąc. Usłyszałem trzask kości i słabe skomlenie. Alaric był zabijany. Wyrwałem się z uścisku Silasa, gotowy, by rzucić się na bestię, lecz Silas mnie powstrzymał, dając znak, żebym uciekał.
Nie potrafiłem. Zastygłem w bezruchu. Nie ze strachu przed tym stworzeniem, ale z lęku przed utratą kogoś, kogo uważałem za starszego brata. Niemniej jednak Silas przewyższał mnie rangą, a ja nie mogłem sprzeciwić się jego rozkazom.
Z bólem ściskającym serce, silniejszym niż ból fizyczny, zaczęliśmy biec. Niecałą minutę później usłyszeliśmy coś nadciągającego z lewej strony.
Wilki.
Wataha wilków nadbiegła z pełną prędkością, wyjąc i obnażając kły. Silas przyjął postawę obronną, ale ja zamiast tego pobiegłem w stronę Alarica. Jeśli bestia zaatakuje również wilki, zostawi Alarica na tyle długo, byśmy mogli do niego dotrzeć. To był okrutny plan, ale owa istota znajdowała się już na terytorium wilków i najprawdopodobniej i tak by ich zaatakowała.
Wilki podążyły za mną na polanę, na której znieruchomiały Alaric leżał na ziemi. Obawiałem się najgorszego. Gdy się zbliżyłem, uświadomiłem sobie, że Silas znajduje się tuż za mną, i wspólnie podnieśliśmy naszego przyjaciela. Wciąż żył, ledwo oddychając.
Kiedy odwróciliśmy się do ucieczki, zdaliśmy sobie sprawę, że wilki walczą ze stworzeniem; jak widać, zaatakowało również i ich, dokładnie tak, jak przewidywałem. Silas też rzucił się do ataku; jeśli mieliśmy jakiekolwiek szanse na odkrycie, czym była ta rzecz, musieliśmy ją zabić, a w tym momencie mogliśmy tego dokonać tylko z pomocą wilków.
–
Po kilku chwilach stało się jasne, że nawet wilki są bezbronne wobec niewidzialnego demona. Wiele z nich zostało rannych, a jeden – jak sądziłem – nie żył, więc ich przywódca dał sygnał do odwrotu i gestem nakazał nam podążać za nim.
Wpadliśmy w panikę, nie zastanawiając się dwa razy. Znów rzuciliśmy się do biegu, głębiej na terytorium wilków. Ciągle zerkałem za siebie, jakbym miał szansę zobaczyć podążające za nami stworzenie. To było głupie, ale działał instynkt.
Po dotarciu na polanę zauważyłem, że przebywało już tam wiele wilków, głośno warczących i posapujących. Pozwolili nam przejść i natychmiast zawarli szyki, wyraźnie spodziewając się ataku.
Skierowaliśmy się w stronę nowocześnie wyglądającego budynku, tak odmiennego od naszych zamków, i weszliśmy do środka. Zauważyłem, że przebywający tam ludzie już zajmowali się wilkiem, którego uważałem za martwego; wpadłem w taką panikę, że nawet nie zorientowałem się, iż oddzielili się od nas i dotarli jako pierwsi.
Pani doktor o szeroko otwartych oczach dostrzegła, jak wchodzimy i natychmiast przystąpiła do działania, prowadząc mnie i Silasa do łóżka, byśmy mogli położyć w nim Alarica. Obaj z Silasem upadliśmy z wyczerpania. Miałem właśnie zemdleć, gdy zauważyłem, że Alaric się przebudził i wpatruje się w lekarkę; coś wyszeptał, a ona przybliżyła się, by go usłyszeć. Ja usłyszałem go za pierwszym razem. Za drugim razem słuchałem już znacznie uważniej.
– Przeznaczona – mówi. Otwieram szeroko oczy, patrząc na lekarkę. Czy ona naprawdę jest przeznaczoną Alarica? Parametry życiowe na monitorze spadają do zera, a ja walczę z własnym ciałem, zmuszając je do wstania. Stoję tuż obok niego, podczas gdy lekarka razi go prądem raz, drugi, trzeci, dopóki nie wraca. Wywożą go na salę operacyjną, a ja osuwam się nieprzytomny na podłogę.
–
– Alaric... – to wszystko, co z siebie wyduszam, gdy w końcu odzyskuję przytomność. Leżę na szpitalnym łóżku, cały w bandażach, z podpiętą do ręki kroplówką. Gardło mam boleśnie zachrypnięte i wysuszone. Silas spogląda na mnie, odgryzając zębami kawałek plastra.
– Jest na operacji. Ta lekarka zabrała go jakieś dwie godziny temu. – Kończy swoją czynność i wstaje, by nalać mi szklankę wody. Rozpaczliwie jej potrzebuję. Gdy tylko potrafię znowu mówić, nie potrafię powstrzymać się od pytania.
– Dlaczego nie pozwoliłeś im się tym zająć? To wygląda jak gówno. – Wskazuję na jego owinięte bandażami ramię; podejrzewam, że drugie jest złamane.
– Jesteśmy na wrogim terytorium, dzieciaku. Żaden z tych kundli nie zbliży się do mnie, o ile będę mógł temu zapobiec. – Rzuca mi surowe spojrzenie. Wrogie terytorium czy nie, jestem wdzięczny, że wyszliśmy z tego cało, z dala od tego koszmaru. – Co jej powiedział? – Silas patrzy na mnie najbardziej groźnym wzrokiem, na jaki go stać. Udaję głupiego.
– Nie słyszałem.
Gdybym mu powiedział, że ta pani doktor jest przeznaczoną Alarica, pewnie spaliłby to miejsce do cna. Silas to twardogłowy zwolennik starych zasad i wierzy w te wszystkie bzdury o „zakazie mieszania gatunków”. Pewnie właśnie dlatego umrze zgorzkniały i samotny.






