languageJęzyk

Rozdział 3

Autor: Vivienne Thorne30 maj 2026

- Sera -

*Sero? Sero, to ty? Co ty tutaj robisz?*

*...ciociu Beatrice?*

*Skarbie, nie powinno cię tu być. Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczymy.*

*Nie... Gdzie jest „tutaj”? Nic nie widzę.*

*Nie martw się, kochanie, odeślę cię z powrotem.*

Budzę się skoro świt następnego dnia, czując się niesamowicie wypoczęta. Pod pościelą jest tak wygodnie, że nie mam nawet odwagi otworzyć oczu. O czym ja właśnie śniłam? Wygląda na to, że już zapomniałam.

Na zewnątrz wciąż pada i chociaż mogłabym pójść na siłownię i użyć bieżni na poranny jogging, naprawdę nie mam ochoty się ruszać. Stwierdzam, że po wszystkim, co wczoraj zaszło, zasługuję na sen, ale gdy już mam zasnąć...

*Sero? Sero, wstawaj. Musimy porozmawiać.*

Callie łączy się ze mną telepatycznie, wyczuwając, że nie śpię. Ignoruję ją.

*Dziewczyno! Jeśli nie zjawisz się w moim gabinecie w ciągu dziesięciu minut, wejdę tam i sama cię tu przywlokę!*

Nadal nie odpowiadam.

*Jeśli przez ten wysiłek fizyczny zacznę rodzić, to będzie twoja wina.*

Złoszczę się, że wyciąga przeciwko mnie taką kartę. Marudząc pod nosem, wstaję i idę do łazienki, by umyć zęby i twarz. Nie będę się nawet dla niej przebierać, chociaż to te same ubrania, w których wyszłam ze szpitala i w których spałam. Szczotkuję włosy, wkładam tenisówki i wychodzę.

Dom stada jest o tak wczesnej porze wyludniony. Natykam się na kilka omeg krzątających się przy śniadaniu, mówię im „dzień dobry” i ruszam do gabinetu Alfy.

Pukam cicho w staroświeckie, drewniane drzwi. Callie każe mi wejść; wita mnie nasz Beta, Tristan, jej partner, Declan, oraz ten niegrzeczny likan z wczoraj. Mój stoicki wyraz twarzy niczego nie zdradza, nawet tego, jak bardzo z miejsca irytuje mnie jego obecność. Z szacunkiem pochylam głowę przed naszą Alfą i splatam dłonie za plecami, rozumiejąc, że to nie jest wizyta towarzyska.

– Sero, przepraszam, że wzywam cię tak wcześnie, ale mamy sprawy do omówienia. – Czekam cierpliwie, aż zbierze myśli. – Miałaś rację, wczoraj działo się coś... niepokojącego... ale nie po naszej stronie granicy. Gdy zwiadowcy zbliżali się coraz bardziej do linii granicznej, zaczęli czuć krew, mnóstwo krwi. Jedynie prowadzili obserwację i wrócili do mnie. Ale... dziesięciu z nich... dziesięciu naszych wilków nie wracało, a robiło się coraz później. Mieliśmy właśnie wysłać grupę łowiecką, żeby ich poszukać, dopóki Caleb nie połączył się ze mną, informując, że pędzą do nas z rannymi wilkami i rannymi likanami.

Następny odzywa się Tristan, który nadzoruje grupy łowieckie.

– Według Caleba i pozostałych wilków, natknęli się na trzech likanów tuż przy naszym terytorium, walczących z... czymś... – Zerka na likana i kontynuuje: – Cokolwiek to było, zapędziło ich na nasze ziemie, a gdy nasze wilki broniły przed tym granicy... to coś zaczęło atakować również ich. Jak widziałaś, niektórzy byli dość poważnie ranni, ale nikt nie zginął...

– Wasze wilki nas ocaliły i jestem dozgonnie wdzięczny za waszą pomoc. Chciałbym tylko móc bardziej pomóc w rozszyfrowaniu, co do cholery nas w ogóle zaatakowało. – Okazuje się, że ten brutal *potrafi* mówić i to bez obrażania nas. Wszyscy na niego patrzymy, a następnie głos zabiera Callie, przerywając niezręczną ciszę, która po tym zapadła.

– Sero, czy likan, którego operowałaś, mówił coś na ten temat? O tym, co to mogło być?

Daję sobie chwilę, by przeanalizować w głowie wydarzenia z wczorajszej nocy, usilnie myśląc o czymkolwiek, co ktokolwiek mógł powiedzieć, by rzucić na to światło.

– Nie, przykro mi. Trafił do nas nieprzytomny, a jego dwaj przyjaciele upadli z wyczerpania tuż obok łóżka.

– Ale coś ci wyszeptał, tyle widziałem. – Nie zdawałam sobie sprawy, że ten likan również nie spał, gdy zajmowałam się swoim pacjentem.

– Naprawdę nic, co mogłoby nam teraz pomóc.

– Co wyszeptał? – pyta Callie z ciekawością.

– Przeznaczona.

Wszyscy wpatrują się we mnie w całkowitym osłupieniu, a likan mruży oczy. Czuję, że palnęłam niezłą gafę i marszczę brwi.

– Przepraszam, nie chciałam nikogo urazić, czy coś się stało z jego przeznaczoną? – pytam, nie rozumiejąc ich reakcji.

– On nie ma przeznaczonej – cedzi przez zaciśnięte zęby likan. Mam zamiar odpowiedzieć, ale Callie znów łączy się ze mną w myślach.

*Czy on mówił o tobie?*

*Skąd do cholery miałabym to wiedzieć?*

*Czułaś... cokolwiek? Kiedy go dotknęłaś? Kiedy na niego spojrzałaś?*

Nagle to do mnie dociera. W jedynym momencie, gdy dotknęłam go gołymi rękami, faktycznie poczułam prąd pod opuszkami palców. Callie i ja wpatrujemy się w siebie, a na naszych twarzach maluje się zrozumienie. Declan odchrząkuje.

– Cóż, to nie jest zbyt przydatne – stwierdza Callie, głęboko zamyślona. Po kilku sekundach ciszy posyła mi spojrzenie, które znam bardzo dobrze. – Sero, czy mogłabyś... zapytać?

Wszyscy wpatrują się w nią, nie rozumiejąc, o co mnie prosi. Likan parska pogardliwie, pewnie myśląc, że ma na myśli zapytanie jego przyjaciela. Uśmiecham się do niej łagodnie i pochylam głowę, ona odwzajemnia uśmiech, a ja wychodzę. Callie jest moją najlepszą przyjaciółką i na własne oczy widziała, jak bardzo jestem połączona z naturą. Prosi mnie, bym zapytała las.

Deszcz zamienił się w mżawkę, gdy biegnę w stronę skraju lasu. Kiedy zanurzam się w niego na pół mili, odsłaniam stopy i kucam; jedną dłoń wbijam w ziemię, a drugą, otwartą, opieram o najgłębiej zakorzenione drzewo, jakie udaje mi się znaleźć. Robię wdech, a każdy włosek na moim ciele staje dęba. Moje nozdrza znów się rozszerzają, gdy odwracam głowę w kierunku, z którego wieje wiatr. Zaczynam odbierać przebłyski, obrazy, emocje, wszystko przekazywane przez wiatr i glebę. Sięgam głębiej, pragnąc więcej, pragnąc odpowiedzi.

Nagle widzę to wszystko aż nazbyt wyraźnie. Coś niewidzialnego, zdradzającego swoją obecność jedynie przez słabe cienie i odciski na ziemi, zaciekle atakujące dużą grupę likanów; miażdżące, drapiące, gryzące, makabrycznie rozszarpujące ciało, i bezradnych likanów skomlących z bólu. Było ich o wiele więcej, ale tylko trzem udało się do nas dotrzeć. Widzę wielu martwych likanów na ziemi, a innych biorących swoje ostatnie oddechy, nie wiedząc nawet, co się wydarzyło. Trawa jest usłana ciałami, kończynami i tak ogromną, ogromną ilością krwi.

Wstaję gwałtownie, nie chcąc widzieć więcej. Podczas wizji zaczęłam płakać, a teraz nie potrafię przestać. Czuję ich ból, jakby był moim własnym. Obejmuję się ramionami, próbując odzyskać odrobinę ciepła po tym, co właśnie zobaczyłam. Trzęsę się niekontrolowanie, a moje oddechy są płytkie. Jaka bestia mogłaby wyrządzić tak wielkie zniszczenia? I to wśród wszystkich możliwych stworzeń, likanom?

Po kilku minutach opanowuję się na tyle, by skupić się na Callie.

*Callie.*

*Sero, masz coś?*

*Tak, ale nie spodoba ci się to.*

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki