Harrison
Ruszyłem samochodem z podjazdu. O dziwo, wyglądało na to, że faktycznie dotrzemy do szkoły na czas.
— Na pewno masz wszystko? — zapytałem Maisie ponownie, przekonany, że za chwilę coś mnie zatrzyma i zorientuję się, że zapomnieliśmy o czymś fundamentalnym.
— Harrison, uważaj! — wrzasnęła na całe gardło. Mój wzrok natychmiast powędrował do bocznego lusterka i zobaczyłem coś tuż za tylnym kołem — małą brązową kuleczkę puchu, która niemal drżała w zasięgu mojego wzroku.
— Co to jest? — mruknąłem, wysiadając z auta, żeby to sprawdzić. Nie miałem pojęcia, co mogło podejść tak blisko samochodu o tak wczesnej porze. Mieszkaliśmy na zamkniętej posesji, więc cokolwiek to było, musiało prześlizgnąć się przez dziurę w płocie.
Maisie szybko wybiegła za mną. Rozważałem, czy nie kazać jej zostać w środku, ale wiedziałem, że to nie przejdzie. Była zbyt ciekawska, dokładnie tak jak jej matka.
— O rany, to pies! — wykrzyknęła, gdy podeszła bliżej.
Skrzywiłem się. Miała rację, a biedne stworzonko wyglądało, jakby miało za sobą piekielnie trudny czas. Było zwinięte w kłębek, lekko się trzęsło i nie mogłem powstrzymać współczucia. Spojrzało na mnie wielkimi, brązowymi ślepiami i drgnęło, gdy się zbliżyłem. Kucnąłem przed nim i wyciągnąłem rękę.
— Hej, maluchu — mruknąłem. — Prawie cię przejechałem. Nie możesz się kręcić za moim samochodem, jasne?
Sprawdziłem, czy ma obrożę, ale nie miał. Maisie podeszła i wyciągnęła dłoń, pozwalając mu się powąchać, a potem szybko pogłaskała go po głowie.
— Jest taki śliczny — powiedziała, a w jej głosie usłyszałem niebezpieczną dawkę pragnienia. Wiedziałem, że muszę zawieźć ją do szkoły, ale nie mogłem po prostu zostawić tu tego zwierzaka.
— Idź do środka — poleciłem. — Znajdź weterynarzy w okolicy. Musimy sprawdzić, co z tym małym.
Zrobiła, co kazałem, a ja wyciągnąłem koc z tylnego siedzenia i owinąłem nim psa. Był średniej wielkości, miał szorstką czarną sierść i siwą plamkę, która mogła uchodzić za brodę. Był wiotki w moich ramionach, najwyraźniej nie dbając o to, że go podnoszę; przytuliłem go do siebie, już teraz czując przypływ instynktu opiekuńczego. Przyszedł do nas po pomoc. Najmniejszą rzeczą, jaką mogłem zrobić, było upewnienie się, że ją otrzyma.
Maisie wybiegła po kilku chwilach i podała mi adres najbliższej kliniki weterynaryjnej. To nie było daleko i choć oboje mieliśmy być przez to spóźnieni, warto było pomóc temu małemu.
Dotarliśmy do weterynarza parę minut później, a Maisie szła za mną przejęta, jakby była naszą osobistą eskortą. Wydało mi się to nieco zabawne. Tak bardzo dbała o to małe stworzenie, mimo że ledwo je znała. Miała w sobie to współczucie, głęboko w duszy, ten rodzaj empatii, który można odziedziczyć tylko w genach. Taki, jaki przekazała jej moja siostra.
— Dzień dobry, czy moglibyśmy porozmawiać z lekarzem dyżurnym? — zapytałem recepcjonistkę, młodą kobietę o mysich włosach, gdy podeszliśmy do lady. Spojrzała na mnie, na psa, na Maisie i skinęła głową.
— Właśnie wypadł jej jeden pacjent, więc myślę, że macie szczęście — powiedziała z uśmiechem.
Odetchnąłem z ulgą. Dzięki Bogu. Cieszyłem się, że ten problem zniknie z moich rąk za parę minut. Chwilę później otworzyły się drzwi, a w nich stanęła jedna z najbardziej oszałamiających kobiet, jakie widziałem w życiu.
Gdy tylko ją zobaczyłem, niemal opadła mi szczęka. Widziałem w życiu mnóstwo atrakcyjnych dziewczyn — to jasne — ale ona była zupełnie inną ligą. Całe moje ciało przeszło mrowienie, gdy na nią patrzyłem. Miała na sobie lawendowy uniform medyczny, który jednak nie był w stanie ukryć jej fantastycznej, kobiecej figury. Długie blond włosy były spięte w wysoki, sprężysty kucyk, a piegi na twarzy idealnie podkreślały jej zielone oczy.
— Czy to jest pacjent? — zapytała, podchodząc do nas.
Skinąłem głową. — Moja siostrzenica zauważyła go dziś rano przy kole naszego samochodu — wyjaśniłem. — Nie wiem, czyj jest ani skąd się wziął, ale nie możemy go zatrzymać, a on nie wygląda na zdrowego.
— Nie możemy go zatrzymać? — zapytała Maisie, a jej głos niebezpiecznie zadrżał.
Posłałem jej szybki uśmiech. — Najpierw musimy go wyleczyć, prawda?
Nie chciałem robić jej nadziei, ale wiedziałem, że nie mogę ich tak po prostu brutalnie rozwiać.
Lekarka uśmiechnęła się do mnie krótko, najwyraźniej przyzwyczajona do takich sytuacji. — Tak, oczywiście — powiedziała, po czym delikatnie wysunęła psa z koca i zaniosła go do gabinetu zabiegowego. Położyła go na małym metalowym stole, a pies nieco ożył, rozglądając się wokół.
— O, już wygląda na nieco bardziej przytomnego — mruknęła lekarka.






