Rowan
— Hej, Rhys, tutaj! — zawołałam do brata i odniosłam wrażenie, że połowa kawiarni odwróciła się, by posłać mi karcące spojrzenie. Mało mnie to obchodziło. Cieszyłam się po prostu z widoku mojego brata bliźniaka, nawet jeśli wiedziałam, że mamy tylko pół godziny, zanim oboje pognamy do pracy.
— Hej! — odkrzyknął, ostrożnie lawirując między stolikami z kubkiem kawy w dłoni. Opadł na krzesło naprzeciwko mnie i wypuścił z siebie długie westchnienie.
— Jak to możliwe, że ten dzień już jest taki ciężki? — zapytał, choć wiedziałam, że to pytanie retoryczne.
— Co się stało? — spytałam, sprawdzając zegarek. Była dopiero ósma rano, ale wiedziałam, że mój brat mógł już zdążyć wpakować się w coś poważnego. Wielu jego klientów mieszkało za granicą, co oznaczało, że poważne kłopoty mogły się zacząć w nocy, a on dowiadywał się o nich dopiero po przebudzeniu i sprawdzeniu wiadomości.
— Wygląda na to, że Matteo chce przesunąć przesłuchanie o kilka tygodni wcześniej — wyjaśnił. — Coś o rodzinnym weselu? Nie jestem pewien. To oznacza, że przez jakiś czas wszystko musi wejść na najwyższe obroty.
— Tak, a ty przecież tak bardzo nienawidzisz pracować więcej — zażartowałam.
Uśmiechnął się do mnie szeroko. — Czy jestem aż tak przewidywalny?
— Jesteś pracoholikiem — stwierdziłam. — Nie wiem, po kim to masz.
— Jasne, bo ty wcale nie spędzasz całych dni, robiąc więcej, niż musisz — odparował.
Roześmiałam się i podniosłam ręce w górę. — Cóż, nie ma odpoczynku dla grzeszników, co nie?
— Rowan, jesteś weterynarzem — powiedział. — Myślę, że nie mogłabyś być dalsza od bycia „grzesznikiem”, nawet gdybyś się starała.
Wzięłam łyk kawy. Miał rację. Uznałam, że oboje mamy chyba najbardziej stereotypowe zawody dla idealistów, jakie można sobie wyobrazić. Ja byłam lekarką weterynarii, a on prawnikiem, który wypruwał sobie żyły, by wyciągać na światło dzienne sprawy ignorowane przez innych i stawiać je przed sędziami, którzy faktycznie chcieli słuchać. Mimo że był ode mnie młodszy — o całe dziesięć minut — mieliśmy tę samą pasję do zmieniania świata na lepsze.
— Powinieneś brać więcej wolnego — powiedziałam mu, wchodząc w rolę troskliwej starszej siostry. Rzadko się widywaliśmy, biorąc pod uwagę, jak wymagające były nasze prace, więc musiałam upchnąć całe moje „matkowanie” i zamartwianie się o niego w te pół godziny, które wyrywaliśmy na kawę każdego ranka.
— Ty też powinnaś, ale żadne z nas tego nie zrobi, prawda? — odparł.
Wzruszyłam ramionami. — Ale miło tak pomyśleć, co nie?
— Miło.
— Wiesz, że jestem z ciebie taka dumna — powiedziałam, jakbym nie powtarzała mu tego za każdym razem, gdy wypiłam więcej niż jeden kieliszek wina.
— Wiem. — Uśmiechnął się, wyciągnął rękę i ścisnął moje ramię. — Z wzajemnością.
— Wiesz, możesz faktycznie wypowiedzieć słowa: „Jestem z ciebie dumny” — rzuciłam przekornie.
Przekrzywił głowę. — Dobra, zacznę wyrażać emocje mniej więcej w tym samym czasie, w którym ty zaczniesz brać więcej wolnego. Umowa?
— Umowa.
Porozmawialiśmy chwilę o pogodzie i poplotkowaliśmy o parze, którą zazwyczaj tu widywaliśmy, a która nie pojawiała się od kilku dni. Czyżby się rozstali? Uciekli z kimś innym?
Sama prawie nie miałam życia uczuciowego, o którym warto by wspominać, więc największą ekscytacją było dla mnie roztrząsanie losów zupełnie obcych ludzi. Smutne? Zapewne. Ale też zabawne i stanowiło dokładnie taką odskocznię, jakiej potrzebowałam przed rzuceniem się w wir długiego dnia pracy.
Pożegnaliśmy się uściskiem przy drzwiach i każde z nas ruszyło do swojego biura. Ja nie miałam daleko, ale Rhys lubił podbiec do siebie truchtem, żeby odhaczyć poranny trening. Nie wiedziałam, skąd bierze motywację do dbania o formę. Ja w najlepszym wypadku biegałam całe rano po klinice weterynaryjnej, mając nadzieję, że to wystarczy, by zasłużyć na paczkę chipsów, którą niemal pochłaniałam przy popołudniowej kawie, żeby w ogóle przetrwać dzień.
Dotarłam do kliniki tuż przed otwarciem. Dzięki Bogu, Hallie już tam była. Była naszą technik weterynarii i recepcjonistką w jednym, a przynajmniej musiała przejąć te obowiązki, gdy Remy, moja wspólniczka, poszła na urlop macierzyński. Odkąd tak samolubnie odeszła rodzić dziecko, w pracy panował nieustanny chaos, ale jeśli mam być szczera, właśnie tak lubiłam najbardziej.
— Dzień dobry! — zawołałam, rzucając torbę w prowizorycznym pokoju socjalnym, który urządziliśmy w małym schowku obok drzwi.
— Cześć! — odkrzyknęła, wiecznie radosna, nawet w obliczu dzisiejszego napiętego grafiku. Jak na poniedziałek było wyjątkowo dużo pacjentów, a mogłam być pewna, że i tak trafi się kilka nagłych przypadków, czy nam się to podoba, czy nie.
— Dobry weekend? — zapytała, gdy poszłam się umyć i przygotować gabinet na przyjęcie pierwszego gościa.
— A co to takiego weekend? — zapytała Hallie z przekąsem. — Chyba zapomniałam o ich istnieniu, odkąd nie ma Remy.
— Tak, ja też — przyznałam. Cały weekend zamawiałam nowe zaopatrzenie, jedząc dania z mikrofali i mając nadzieję, że zapasy nie skończą się przed końcem miesiąca, kiedy przechodzą wszystkie płatności. Wiedziałam, że powinnam poświęcać więcej czasu sobie, ale w tym zawodzie to tak nie działało. I zupełnie mi to odpowiadało.






