"Nie wiem, ale zostali przysłani przez alfę" – oznajmia Mina.
"Przez alfę?" Dlaczego miałby kogoś po mnie posyłać? Czy to, że jego syn mnie odrzucił, mu nie wystarczyło? Chce posypać moje rany solą?
"Nie schodzę na dół" – odpowiadam jej szybko.
Żadna kara nie mogłaby być gorsza niż ból, przez który już przechodzę.
"Jesteś pewna?" – pyta, a jej młode oczy błagają, bym zmieniła zdanie.
"Tak" – odpowiadam.
Mina rzuca mi ostatnie spojrzenie i wychodzi z pokoju, pamiętając, by zamknąć za sobą drzwi.
Wzdycham ciężko i siadam na łóżku. Mam nadzieję, że sobie pójdą. Nie chcę wiedzieć, czego chcą. Chcę tylko zostać sama i uporać się z tym bólem. Nieco już zelżał.
Kilka minut później moje drzwi otwierają się i wchodzi pani Silas z wymęczonym wyrazem twarzy. Wydaje z siebie ciężkie westchnienie i przeczesuje dłonią włosy.
"Cas, kochanie, przykro mi o to prosić, ale musisz zejść ze mną na dół. Alfa i Luna przysłali posłańca. Chcą z tobą porozmawiać" – mówi, siadając obok mnie.
Odwracam się do niej i wydymam wargi.
"Cóż, ja nie chcę z nimi rozmawiać". Wiem, że brzmię dziecinnie. Alfa żąda mojej obecności, a ja odrzucam ofertę.
Pani Silas gładzi mnie łagodnie po głowie.
"Cas, proszę. Mówimy o alfie. Musimy słuchać jego rozkazów. Bogini wie, co mogłoby się z nami stać, gdybyśmy odmówili" – błaga.
"Nie sądzę, by cokolwiek mogło boleć bardziej niż to, co już czuję w sercu" – odpowiadam, wywracając oczami. Chciałabym móc powstrzymać kłucie w piersi, ale nie potrafię. Spotkanie z alfą skończy się tylko kolejnym bólem. Nie jestem pewna, czy to zniosę, ale wiem też, że powinnam uszanować jego wezwanie, więc niech tam.
"Chodźmy" – mówię sucho, wstając.
Pani Silas podchodzi do mojej szafy, wyjmuje kurtkę i podaje mi ją z troską w oczach.
******
Nigdy nie sądziłam, że zostanę wezwana przez alfę. Cóż, nigdy też nie sądziłam, że będę przeznaczona jego synowi, a potem zostanę przez niego odrzucona.
Dzisiejszy dzień był pełen niespodzianek i to nie tych miłych.
"Słuchajcie, wy dwie. Pamiętajcie, że kiedy staniemy przed alfą i luną, macie mieć spuszczone głowy i zgadzać się na wszystko, co powiedzą. Jasne?" – pyta jeden ze strażników.
"Tak" – odpowiada natychmiast pani Silas.
Kiwam głową w jego stronę; szczerze mówiąc, jestem zbyt zmęczona, by teraz mówić.
W końcu docieramy do domu alfy. Jest wieczór, więc jest na miejscu; zazwyczaj przebywa albo w firmie, albo na spotkaniach.
Jego dom nie jest przesadnie wystawny; jest wystarczająco duży, ale nie tak ekstrawagancki, jak można by się spodziewać. W przeciwieństwie do innych alfów, Alfa Konrad Vane nie wierzy w obnoszenie się z bogactwem. To jedna z rzeczy, za które ludzie go lubią.
Z miejsca, w którym jesteśmy, widzimy jego i lunę siedzących na ganku przed domem; z jakiegoś powodu ganek jest ogromny. Wokół kręci się kilku strażników.
Wygląda tak zwyczajnie, że nikt nie domyśliłby się, że jest alfą.
Gdy podchodzimy bliżej, automatycznie spuszczamy głowy w pokłonie pełnym szacunku.
"Powstańcie" – mówi Alfa Konrad Vane.
Pani Silas i ja natychmiast podnosimy głowy i stajemy prosto.
"Ty musisz być Cassia Valerius?" – pyta, a jego niebieskie oczy lustrują moje rysy twarzy. Dostrzega ból w moim spojrzeniu i czuję, że jest mu w pewien sposób przykro.
"Tak, proszę pana" – odpowiadam ze spuszczonym wzrokiem.
"Jesteś mate mojego syna?" – pyta nasza Luna słodkim, spokojnym głosem.
"Odrzucił mnie" – mówię szybko.
"Zapewne zdajesz sobie sprawę, że nadal jesteś jego mate, dopóki nie zostaniesz naznaczona przez innego" – stwierdza Alfa.
Kiwam głową w odpowiedzi, przypominając sobie, co strażnik mówił wcześniej o zgadzaniu się ze wszystkim, co powie alfa.
"Chcemy, żebyś się do nas wprowadziła" – mówi Luna.
Wiem, że powinnam się na wszystko zgadzać, ale nie na to. Jak mam mieszkać pod jednym dachem z kolesiem, który jest przyczyną mojego cierpienia? Poza tym mam dom.
Odwracam się w stronę pani Silas, jakbym prosiła ją, by coś zrobiła. Kiwa do mnie głową i zwraca się do alfów.
"Z całym szacunkiem. Cas ma dom. Jej rodzice odeszli, ale ma mojego męża i mnie jako opiekunów. Doskonale czuje się w naszym domu".
"Moja żona nie pytała, czy ona dobrze się czuje w waszym domu, czy nie…" – mówi Alfa Konrad Vane, podnosząc na nas głos. Wzdrygamy się lekko. Jego żona zauważa nasz strach i dotyka jego ramienia.
"Ja się tym zajmę" – mówi do niego, po czym zwraca się do nas.
"Posłuchajcie. Drake ma być następnym alfą, a alfa nie może być tak silny, jak powinien, jeśli nie jest ze swoją mate. Bogini miała powód, by uczynić cię jego mate, i my to szanujemy".
"Ale Drake nie szanuje, więc czy możemy po prostu porzucić ten temat, żebym mogła wrócić do swojego życia?" – szepczę pod nosem, ale jak wiecie, wilkołaki… super słuch. Nie wiem, jak mogę o tym czasem zapominać.
Alfa Konrad Vane wstaje z krzesła, a jego oczy błyskawicznie zmieniają kolor z niebieskiego na czerwony i z powrotem na niebieski.
"Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do Luny?" – krzyczy na mnie.
Jego alfańska aura przejmuje nade mną kontrolę. Nie potrafię się powstrzymać; moje kolana uginają się i mimowolnie pochylam głowę do samej ziemi.
"Przepraszam" – mamroczę. Łza wymyka się z mojego oka. Szybko ją ocieram, odzyskując panowanie nad własnym ciałem.
Wstaję i patrzę na nich moimi załzawionymi oczami.
Alfa Konrad Vane kontynuuje przemowę głosem pełnym autorytetu. Każde jego słowo niesie moc i budzi we mnie lęk.
"Mógłbym z łatwością rozkazać ci wprowadzić się do mojego domu. Chcę jednak, byś zrobiła to z własnej woli. Moja luna uważa, że nie powinienem cię zmuszać. Umowa jest więc taka: wprowadź się, a nie zabiję twojej całej przybranej rodziny. Zamiast tego zadbam o to, by niczego im nie brakowało".
Wcześniej się myliłam. Istnieje kara gorsza niż ból odrzucenia. Utrata moich bliskich.






