Kończę dyżur w spiżarni, upewniając się, że w pokojach gościnnych wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Poprosiłam Sebastiana, żeby jako dodatkowy akcent zamówił bukiety do każdego z apartamentów. W apartamencie gościnnego Alfy dodaję również butelkę szampana. Jeśli to ostatnia rzecz, jaką dane mi będzie zrobić, chcę, żeby było to coś, co uszczęśliwi kogoś innego.
Jest prawie wpół do drugiej w nocy, zanim wyczerpana opadam na łóżko. To był gówniany dzień. Jeśli Luna Genevieve ma z tym cokolwiek wspólnego, prawdopodobnie będzie moim ostatnim. Sera też jest wyczerpana. Przestaje dąsać się na tyle długo, by powiedzieć mi, że potrzebuje, abym się przemieniła, ale ja nie daję rady. Nie mam na to czasu ani siły. Ciągle jej obiecuję, że to zrobię, ale czuję, jakbym złamała tę obietnicę. Odpływam w sen przy dźwiękach jej skomlenia w mojej głowie, płacząc w poduszkę.
Ku mojemu zaskoczeniu, rano budzi mnie budzik. Sera każe mi obiecać, że wytrzymam jeszcze jeden dzień. Mechanicznie brniemy przez życie, którego nienawidzę. Podczas gdy się szykuję, zerkam w lustro i odkrywam, że moje włosy są teraz całkowicie srebrzystobiałe. Zwijam je w kok, starając się uniknąć tego, by ludzie to zauważyli.
Delegacja ze stada Sanguine przybywa wczesnym popołudniem. Wszyscy są wysocy i onieśmielający, z tatuażami i potężnymi mięśniami. Część z nich ma widoczne blizny na ramionach i twarzach. Mają na sobie dopasowane czarno-białe stroje biznesowe lub całkowicie czarne mundury ochrony. Luna Genevieve kieruje ich do salonu, a ja cicho przynoszę im dzbanki z wodą i mrożoną herbatą do picia. Robię, co w mojej mocy, by pozostać niezauważoną, gdy jedna z kobiet mnie wywołuje.
– Ty tam, omego – mówi ostro, wpatrując się we mnie zielonymi oczami. Jej czarne włosy są ściągnięte w ciasny kucyk.
Rozglądam się i dociera do mnie, że mówi do mnie.
– Wino. Wino dla wszystkich.
– Beto Leonoro, oczywiście, natychmiast – mówi szybko Luna Genevieve, po czym kiwa do mnie głową.
Pędzę do piwniczki, wyciągam dwie skrzynki wina, serwetki i kieliszki, przygotowuję wózek do serwowania napojów i wracam do salonu. Otwieram po trzy butelki czerwonego i białego wina, resztę zostawiając im do dyspozycji, po czym wycofuję się z pokoju, by móc zacząć przygotowywać kolację.
Reszta dnia mija bez zakłóceń. Goście wydają się zadowoleni z posiłku. Wieczorem chodzę do każdego apartamentu gościnnego, aby upewnić się, że wszyscy są usatysfakcjonowani z zakwaterowania. Kilka osób prosi o dodatkowe paczki chipsów lub napoje gazowane, ale ogólnie rzecz biorąc, wydają się ukontentowani.
Ostatnie drzwi to pokój Bety. Beta Leonora otwiera je ubrana w niebieski t-shirt i dżinsy, wyglądając na znacznie bardziej zrelaksowaną niż wcześniej. Na przedramieniu ma duży tatuaż przedstawiający różę i sztylet. Jej ciemne włosy wciąż są zaczesane do tyłu, ale na twarzy nie ma makijażu. Teraz widzę, że wygląda na starszą ode mnie zaledwie o kilka lat. Słyszę, jak w głębi pokoju jej druh rozmawia przez telefon.
– Dzięki, że do nas zajrzałaś. Wszystko jest wspaniałe. Kwiaty to piękny akcent. Masz dobry gust. – Uśmiecha się do mnie. Lekko się jej kłaniam, po czym odwracam się, by odejść.
– Czekaj, co masz pod czapką? – pyta podejrzliwie Beta. Zatrzymuję się w miejscu i odwracam.
– Słucham, proszę pani? – pytam. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy, a w brzuchu zaciska się węzeł.
– Twoja czapka. Dlaczego jest tak nisko naciągnięta? Co próbujesz ukryć? – dopytuje. – Podejdź bliżej.
Podchodzę bliżej i powoli zdejmuję nakrycie głowy. Wzrok wbijam w ziemię. Moje srebrne włosy spływają kaskadą na plecy. Są zawstydzająco tłuste i widocznie brudne. Czuję, że oblewam się rumieńcem.
– Och, rozumiem – mówi z zaskoczeniem w głosie. – Tylko nie bądź zuchwała. Zawsze patrz mi w oczy, kiedy do ciebie mówię.
O szlag. Podnoszę na nią wzrok. Światło z jej pokoju świeci mi prosto w oczy. Patrzy na mnie przez chwilę tępym wzrokiem, próbując przetworzyć to, co widzi.
– Czym ty jesteś? Hybrydą?
– Nie, proszę pani. Lekarz stada zrobił badania, ale nie wie, dlaczego tak się stało. Uważa, że to musi być transformacja związana z moją wilczycą, która przygotowuje się do przebudzenia. – Nie jest to do końca kłamstwo... po prostu nie jest to cała prawda, prawda? Jak mam powiedzieć zupełnie obcej osobie, że moja wilczyca twierdzi, iż jestem prawdziwą córką Bogini Księżyca i właśnie dlatego mam srebrne włosy i szmaragdowe oczy?
Chwyta mnie za podbródek i przyciąga moją twarz do swojej, bacznie mi się przyglądając. – A czy lekarz stada wie, że ktoś ci niedawno złamał nos? Wciąż masz siniaki.
– Opatrywał moje rany w przeszłości. – Nie zamierzam wdawać się w szczegóły ani nikogo wkopywać przed tą nieznajomą kobietą.
– Kto jest przy drzwiach, Leonoro? – woła do niej z głębi pokoju Beta.
– To tylko przydzielona nam omega, Maximilianie. Jak się jeszcze raz nazywasz?
– Esmeralda, proszę pani, ale proszę mi mówić Esme. Nie jestem jednak omegą. Jestem tylko służącą.
– Ma na imię Esme. To ona wybrała moje piękne kwiaty. – Wciąż mówi do swojego druha, ale nie spuszcza ze mnie wzroku, jakby próbowała mnie z jakiegoś powodu ocenić. Jej brwi lekko się marszczą, gdy tak się wpatruje. Sprawia, że czuję się bardzo nieswojo.
– To miło. Zapytaj ją, czy mogę dostać wodę z bąbelkami do lodówki.
– Żaden problem, proszę pani. – Wymieniamy uśmiechy na hasło „woda z bąbelkami”. – Przyniosę ją wkrótce i zostawię pod drzwiami.
– Dziękuję. Och, i Esme, jeśli te siniaki nie zagoją się do jutra rano, znajdź jakiś puder. Alfa Sterling Valerius nie toleruje widoku takich obrażeń.
– Ta-tak, proszę pani.
Biegnę do magazynu, biorę cztery butelki San Pellegrino, stawiam je przed drzwiami i uciekam stamtąd najszybciej, jak potrafię. Milion pytań przelatuje mi przez głowę. Czy ich Alfa zabije mnie za to, że jestem słabsza od innych wilków, nawet jeśli nie należę do jego stada? Czy powie Alfie Alistairowi o moim nietypowym wyglądzie? Czy wypomni mu, że pozwolił, by ktoś złamał mi nos? Słuchaj, kobieto, jeśli myślisz, że to jest najgorsze, to mam wieści, które wcale ci się nie spodobają, a wtedy twój Alfa z pewnością wyda na mnie wyrok śmierci.
Alfa Alistair schodzi później i chłoszcze mnie za to, że nie przygotowałam wszystkich rzeczy, których zażyczyli sobie nasi goście. Do rana Serze wciąż nie udało się mnie w pełni wyleczyć. Wkładam więc luźną czarną koszulkę i szorty z rozciągniętym paskiem. Odczuwam tak wielki ból, że wszystko jest dla mnie walką. Gotowanie, noszenie tac ze śniadaniem, pochylanie się, by wycierać stoły. Każdy ruch sprawia, że strupy pękają i krwawią, przez co tył mojej koszulki wilgotnieje od krwi.
Beta Leonora kilka razy łapie ze mną kontakt wzrokowy. Widzi, że coś jest nie tak, ale nic nie mówi.
Z niewyjaśnionych przyczyn Sera przez cały ranek podekscytowana skacze po mojej głowie.
„Ta Beta jest taka miła! Nie mogę się doczekać, aż poznamy Alfę i Lunę!”
„Sera, daj spokój. Nie poznamy Alfy i Luny. Wtopimy się w tapetę i będziemy udawać, że nie istniejemy.”
„Pfff. Ja tam chcę ich poznać.”
„Dobra, nienawidzę cię rozczarowywać, ale będziesz rozczarowana.”
Lori wchodzi, podczas gdy ja przygotowuję lunch, by poinformować mnie, że Alfa przybył i muszę zrobić posiłek również dla niego. Nie ma z nim Luny. Czyżby nie miał druhny? A według Lori... jest naprawdę przystojny. Nie żeby miało to dla mnie znaczenie, bo przecież zamierzam robić za tapetę. W ogóle nie chcę, by zwracał na mnie uwagę.
Zanoszę tace do sali konferencyjnej. Alfy Sterlinga Valeriusa tam nie ma, ale przy stole jest wolne miejsce, gdzie powinien siedzieć. Zostawiam jego posiłek przy pustym krześle. Wszyscy ze stada Sanguine uprzejmie mi dziękują, gdy stawiam przed nimi talerze. Ich maniery kontrastują z onieśmielającym wyglądem. Nikt ze stada Silvercrest nie odzywa się do mnie ani słowem, gdy ich obsługuję. Zbieram tace i cicho wychodzę. Lori daje mi znać, że to ona posprząta talerze, abym mogła skupić się na kolacji i jedzeniu na przyjęcie.
Idę do kuchni, ale potrzebuję chwili, by wziąć się w garść, zanim zabiorę się za kolację. Wychodzę tylnymi drzwiami i staję na ganku. W oddali widzę palącego mężczyznę. Nie rozpoznaję go, to musi być Alfa ze stada Sanguine. Jest jednak zbyt daleko, bym mogła dostrzec jego rysy twarzy. Wszystko, co widzę, to wysoka sylwetka o ciemnych włosach, w czarnym garniturze. Wiatr niesie dym z jego papierosa w moją stronę. Pachnie papierosami, ale przysięgam, że pachnie również kawą... lub ciemną czekoladą. Czyżby ten facet pijał mokkę? Śmieję się w duchu na myśl o wielkim, złym Alfie Sanguine sączącym mochaccino.






