***Ostrzeżenie o treściach wrażliwych - Ten rozdział zawiera drastyczne treści związane z napaścią na tle seksualnym.***
Sebastian, szeroko otwierając oczy, odsuwa się ode mnie na pośladkach, a potem zrywa się z miejsca i ucieka najszybciej, jak to tylko możliwe.
Nagle zostaję z powrotem wrzucona do własnego, normalnego stanu umysłu i z wyczerpania opadam na ziemię. Moje ręce już nie emanują blaskiem, ale wydają się wręcz płonąć, jakby wciąż były naładowane elektrycznością statyczną.
„Sera! Co to miało być?" – strofuję ją, choć po prawdzie bardziej mnie to przeraziło.
„Nie mogłam się powstrzymać. Nam zagrażał.”
„Dobrze, ale o co chodziło z tą akcją ze świecącymi na zielono, parzącymi dłońmi?! To nie jest normalne!”
„Esme, już o tym rozmawiałyśmy. Jesteśmy dzieckiem Księżycowej Bogini. Jesteśmy wyjątkowe. Ta 'akcja ze świecącymi na zielono, parzącymi dłońmi' to dar od naszej matki. A to jeszcze nie wszystko. Przekonasz się, kiedy po raz pierwszy przejdziemy przemianę. Do tego czasu nie jestem na tyle silna, by ci to ukazać. Poza tym przecież go nie skrzywdziłam; zanim dojdzie z powrotem do swojego biura, jego wilk już go uleczy.”
„J-ja ni-, chwila, chcesz powiedzieć, że Księżycowa Bogini to moja prawdziwa mama? Tak w sensie biologicznym, konkretnie mnie? A nie po prostu, no wiesz, matka wszystkich wilkołaków, która wykreowała nas biliardy lat temu?”
„O tym właśnie mówię od chwili przebudzenia. To nie moja wina, że mi nie uwierzyłaś.”
Biorę do ręki ręcznik, żeby zetrzeć krew z nosa. Sera już uzdrawia złamanie. Ale twarz z pewnością będzie posiniaczona przez kilka najbliższych dni. Naciągam czapkę mocno na głowę, żeby nikt nie dojrzał moich siniaków, następnie podnoszę pierwsze dwa półmiski z potrawami i spieszę do jadalni.
„Skoro więc potrafisz zrobić coś takiego Sebastianowi, to dlaczego nie możesz zrobić tego samego Alfie Alistairowi czy Julianowi?”
„Wiesz, myślę, że raz się to wydarzyło, jeszcze zanim się obudziłam, chociaż nie miałam nad tym do końca kontroli. Nie mogę tego zrobić, bo to nasz Alfa, Esme. Nie mogę wystąpić przeciw niemu. Nie mogę zaatakować ani jego, ani naszego przyszłego Alfy.”
„Niech ci będzie" – ustępuję. Nie chcę się z nią spierać. Po prostu staram się poznać zasady. Znajduję się tu, w gruncie rzeczy, na nieznanym terytorium. To wspaniałe terytorium, ale nie wiem, gdzie leżą nasze granice.
Gdy wszystkie potrawy są na miejscu, wypisuję listę potrzebnych mi dodatkowych rzeczy i wrzucam ją do skrzyneczki pod biurem Sebastiana. Wszystko po to, by nie musieć ponownie się z nim konfrontować.
Sprzątam jadalnię po obiedzie i zostało mi około czterdziestu pięciu minut do rozpoczęcia przygotowań kolacji. Postanawiam udać się do magazynu, by umieścić zapasy na wózku spiżarnianym. Podczas pracy słyszę, jak ktoś odchrząkuje tuż za moimi plecami. Podnoszę głowę i moim oczom ukazuje się Julian stojący niekomfortowo blisko mnie.
„Czym mogę służyć, Julianie?" – mówię, próbując przełknąć powódź paniki, która gwałtownie zaczęła wzbierać mi w gardle.
„Esme, pragnę tylko zauważyć, że kiedy będę Alfą, nie będziesz traktowana tak jak dotychczas." Zbliża się o krok, zmuszając mnie do wycofania się i oparcia o wózek.
„Julianie, przestań." Podnoszę dłonie i lekko się od niego odpycham, próbując zmusić go do odsunięcia się, ale jest ode mnie silniejszy i nie daje się ruszyć z miejsca. Patrzę na niego i widzę wrogi, szyderczy uśmiech, który zniekształca mu twarz.
„Widzę, w jaki sposób traktuje cię mój ojciec, Esme. Nawet się na to nie skarżysz. Po prostu bierzesz to na klatę." Podchodzi bliżej, oddychając głęboko, póki w pełni nie dociska się do mojego ciała. Nachyla się i szepcze mi na ucho. „Sądzę, że po prostu lubisz, kiedy to robi. Czyż nie?”
Co tu się do cholery wyprawia?! Nie ma mowy, żebym usłyszała go poprawnie. Prawda?
„Julianie, z całą pewnością nie znajduję przyjemności w byciu bitą przez twojego ojca" – odpowiadam z niedowierzaniem. „Ty wcale nie jesteś lepszy. Zamiast go powstrzymać, tylko stoisz i patrzysz.”
Czuję jak łzy pieką mnie pod powiekami, gdy obejmuje mnie w talii. Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę.
„Nie kłam, Esme. Staje mi na samą myśl o tym, co ci zrobię, kiedy w końcu nadejdzie moja kolej. Nie mogę się doczekać, aż pozwoli mi traktować cię w taki sposób. Pragnę słyszeć twoje jęki rozkoszy, podczas gdy to ja będę cię okładał. Pragnę, abyś klęczała i żebym to ja okładał cię biczem. Chcę, abyś była moją zabawką, Esme, a nie jego. Podobałoby ci się to, co? Gdybyś mi się kłaniała, ze ślicznym tyłkiem wypiętym w górę? Zrobilibyśmy z lochów naszą małą salę zabaw, a nie tylko twoją nudną sypialnię" – ociera się o moją szyję, tuż pod uchem, przyprawiając mnie o dreszcze wstrętu, ale nie mam gdzie uciec. Czuję twardość jego erekcji, gdy całą swoją wagą napiera na moje ciało.
„Oszalałeś?!" – krzyczę. Z całych sił próbuję go odepchnąć, ale nie daje mi szans. Stoi niewzruszony, niczym skała. „Zostaw mnie w spokoju, zboczeńcu!”
Zatem przez cały ten czas podniecało go torturowanie mnie przez jego ojca? Co z tą rodziną jest do cholery nie tak?
Jego podniecony wzrok momentalnie przeradza się w zdegustowany. Niespodziewanie cofa się o krok i uderza mnie w brzuch nogą tak mocno, że po mojej osobie rozlewa się niewyobrażalny ból, przez który zwijam się wpół. Trafia mnie łokciem w plecy, przez co w mgnieniu oka ląduję na kolanach. Następnie schyla się za moimi plecami, po czym przyciska swoje obrzydliwe ciało do mojego i chowa ramię pod moją koszulką. W akompaniamencie chrumkania nad moim uchem brutalnie i pośpiesznie zaczyna mi masować pierś. Przejeżdża wolną ręką po środku moich legginsów z przodu, pocierając palcami o krocze i przylegające do niego wejście. Ciągnie mnie tak by przysunąć sobie bliżej moje ciało, wciskając we mnie swoją erekcję. Obejmuje mnie za tyłek, odsuwając się w przód i w tył; powtarzając ten proces z dyszeniem prosto w ucho. Oddycha niezwykle szybko przy okazji obrzydliwie śliniąc mnie po twarzy.
„Zarówno ty jak i ja wiemy, że mnie pragniesz, Esme. Nie obawiaj się niczego. Już niebawem będziesz jedynie moja. Wystarczy, że ubłagam swojego ojca o twój odbiór. Pragnąłem wręcz, by patrzył na to z dumą... by patrzył z dumą jak będziesz kwiczeć z bólu pod moim władaniem, aczkolwiek wątpię, że jeszcze z tym poczekam." – Jego ton jest bezbłędnie przesycony podnieceniem połączonym z dziką rzeźbą ocierania i obmacywania.
Jedyne na co mnie w ogóle stać to wylewanie z siebie potoków łez. Paraliżuje mnie całkowity lęk przed odpowiedzią. Cokolwiek... powinnam cokolwiek zrobić. Sera... Sera z jakiegoś powodu nie udziela mi najmniejszej pomocy. To przyszły Alfa.
'Księżycowa Bogini, jeśli naprawdę jesteś moją matką, zlituj się nade mną! Proszę, zlituj się nade mną i to zakończ!' – płaczę z niemocy, kiedy rzeźbiąca masakra obrzydliwości trwa w najlepsze. Zdejmuje mi część ubrań. Ciągnie w dół majtki po czym za pomocą pazurów przecina mi z zadowoleniem legginsy na pół. Czuję, jak wejście zostaje powoli osaczane przez napierającą bliskość jego narządu. Doskonale wręcz wiem, co niebawem nastąpi i całkowicie wyłączam swój umysł. Niemal tak samo, jak zrobiłam to u ojca tego oprawcy. Pozbawiłam go obecności w obawie przed rozstrzępieniem duszy na miliardy mikroskopijnych kawałków.
W końcu zdejmuje swoje cielsko i wstaje jak gdyby nigdy nic. Opadam na kafelki i łzawiąc patrzę w jego ślepia pozbawione duszy. On odzywa się niemal momentalnie i w obojętny sobie sposób rozdziera resztę materiału trzymającego moje ubranie na plecach. Następnie wylewa swoje nasienie na moją okaleczoną do cna skórę pleców z satysfakcjonującym jękiem. Ponownie uderza mnie nogą w ten sam obolały brzuch i udaje się tam skąd przyszedł, zostawiając mnie całkowicie sponiewieraną przed otwartą spiżarką.
„Wstawaj, Esme.” – Rozkaz Sery nakazuje stanowczo.
„Wstawaj, mówię" – ponownie naciska z oporem na słowa. Brzmi to całkowicie inaczej. Wciąż ostro i pewnie, ale i nie byle jak, nie do pogardzenia, stanowczo ale tak... tak bardzo inaczej. „Ty jesteś wręcz z innej gliny. Nikt i nic tego nie zaprzepaści.”
„Zabij mnie w tej chwili Sera... Błagam cię o litość. Ja sobie nie radzę. Nie dam sobie już z tym dłużej rady.”
„Spodoba ci się twoje przyszłe życie. Pójdziesz teraz naprzód i niedługo znajdziemy naszego przeznaczonego. Słowo."
„Nigdy byś nie potrafiła dać mi na to jakiejkolwiek gwarancji...”
„A chcesz się założyć? Szykuj się na nowości.”
Wstaję, w magazynie znajduję jakiś stary sweter i go naciągam. Wracam do pokoju po czyste ubrania i uciekam do stołówki, by do reszty dołożyć jeszcze kolację.
Przez pozostałe cztery dni żyję niemalże bez żadnego konfliktu czy potyczki. Choć ciężko tak to nazwać przez wzgląd na liczne wycieczki na najwyższe piętro w celu pozbawienia się istnienia. Co raz patrzę na upadający wrak moich perspektyw. Moje palce wychylają się poza linię życia, szydząc ze mnie potajemnie, że boję się upadku w ciemność w obawie przed śmiercią kogoś jeszcze. Niczego jednak ostatecznie nie robię przez to, że odbierając życie mogłabym zabić i Seraphinę. Nie, nie pozbawię jej resztek egzystencji w cieniu mnie z tego chłodnego dachu.
Niedziela okazuje się nieco żywsza od innych dni; po opuszczeniu przez gości stołowych mebli dostrzegam przemykającą w stronę spiżarni Lunę Genevieve. Szybkim krokiem i w niemałym impetem podbiega i szarpie mnie silnie za prawą rękę. Nim się obejrzałam od razu po podciągnięciu wywala swoje szpony i wdziera je głęboko we własność mojego bicepsa rzucając nim w strugę cieknącej wokół rany krwi.
„Esme, jeśli powiesz chociaż słowo – komukolwiek, upewnij się do reszty o jakimkolwiek niejasnym celu swego spiskowania na temat obecności i widoku mnie oraz Sebastiana w tym gabinecie tamtego dnia. Pozbawienie cię chęci do bycia na tym świecie sprawi mi nieograniczoną do zera przyjemność” – ostrzegawczo zniża swój okropny głos niczym tykająca przed zdetonowaniem ładunku bomba.
Ty także, szanowna pani? Tego to ja mam dość. Jesteś tak wściekła, żeby posłać mnie na dno? Świetnie, wprost rewelacyjnie. Cofam dłoń z rękawa do momentu dotknięcia materiału kapelusza, by odkryć swoje przejęte jadowitą barwą oczy, idealnie pozwalając im wprawić wyraz Luny Genevieve w nienasycony lęk. Będąc totalnie nieprzygotowaną wręcz dusi się pod naporem nagłego obezwładnienia w obliczu niewidzianego nigdy zjawiska o blaskach zieleni szmaragdu przed swoimi.
„Luno, ulżyłoby mi i bynajmniej powitałabym z utęsknieniem i otwartymi ramionami bramy swojej ostatniej wędrówki. Niewątpliwie nie zaprzątasz sobie swej uwagi moim życiem po tak radosnym traktowaniu... po traktowaniu mnie z tak wspaniałymi tradycjami twojego oprawcy-małżonka jak i bezwarunkowo kochającego w krew twego jedynego dziedzica tronu z tym uosobieniem najczystszego z kochania na samym końcu tej jakże szanującej się rodziny" – szydzę przy braku wzięcia tchu. Gardło opasa od dołu łkająca potęga braku kontroli i smutku. Przestaję cokolwiek mówić nie radząc sobie z bólem mojego bezgranicznego w swym trwaniu osamotnienia przez potępienia tej chorej na umyśle rasy. Dochodzę do granicy; to jest mój kres i najprawdziwszy z prawdziwych moment by rzucić wszystko i wejść do wiecznej jamy piekła z ich przyjaznych ramion byle by w końcu zgasnąć.
„Wybacz mi, Sera. Rozdarcie staje na krawędzi bezużyteczności.” – Rzucam osamotniona swoim smutkiem do ukrywającej się bestii. Po braku głosu ze strony wilczycy wnioskuję o bezcelowości ukrycia przed obiekcjami świata po tak bezbłędnym ułożeniu zdarzeń i opuszczam myślowe wołania dając jej swobodę osądu i odpuszczenia po sprowadzeniu nas do punktu całkowitego braku i poczucia osamotnienia we własnych umysłach.
Genevieve po sekundzie konsternacji rzuca się i popycha do przeciwnej od niej strony wybuchając wściekle. „Zuchwała gówniaro! Za te brudne łapczywe chęci winnaś być po stokroć zobowiązana z życia nad swojego nic nieznaczącego odrzutu! Natychmiast udam się do Alfy celem przekazania informacji z tak wulgarnej mowy z twoich obrzydliwych nieukrytych za pazuchę ust!”
„Niewolnicza dola i tak jest marna i nie warta zaszczytu trwania na moim żywocie. A ty jeśli sądzisz Luno, zresztą w tak bezużytecznym zachowaniu, jesteś jednym ze wszystkich trujących chwastów tego terytorium. Bez cienia i mrugnięcia okiem zdaj mu cały ten ohydny przebieg... Niechaj tak będzie, tym prężniej i bardziej będę na niego czekała w chęci wysłuchania bez najmniejszego spowolnienia jego i tak spaczonych chęci dla prawdy... Z wielką chęcią zaprezentuję mu to, co wyprężyło tak ohydną w warknięciach akcję na samym dnie piekielnej sielanki od rzeźniczej gierki na czele.”
Wbija swe pozbawione głębi ślepia we wściekłą na wszystko i na każdego i z odrazą we wpatrywaniu opuszcza to miejsce dumnie nie racząc powtórzyć obelgi. Przechylam po braku czegokolwiek z niesmaku we wspomnieniach powiek dając sobie znać o jeszcze innym scenariuszu ze zrządzenia losu. Tkwię sama spuszczona jak sponiewierany pies i próbuję szukać jakiejś szansy na ukaranie... czy wyciągnięcie mnie i porzucenie z tak uosobionych problemów co bez skutku podcina te marne próby bytu. Wyrażam przeświadczenie z góry o planach i udanej eliminacji mojej nędznej egzystencji podczas nocnego odizolowanego pobytu ze spaniem na rzeź. Czyż to jednak nie bez różnicy w dbałości o powody dla śmierci i sposobie. Mówiłam poważnie, kiedy powiedziałam jej, że powitam śmierć z otwartymi ramionami.






