Alec.
Wieczorna mgła czepiała się drzew niczym oddech szkła – gęsta i ciężka. Ostatnie światło słońca rozlewało się po niebie, malując wszystko złotem i cieniem. Moi wojownicy poruszali się w niej jak duchy, a ich stęknięcia i ostry odgłos pięści uderzających o ciało przerywały ciszę. Obserwowałem ich. Każdy krok. Każdy zamach. Każdy błąd.
– Dren – powiedziałem, a mój głos był cichy, lecz nośny.
Z






