Reszta wizyty minęła jak w mgle pełnej chichotów i małych rączek przyciskanych do szklanych ogrodzeń. Ulubieńcami Aspen były małe kózki. Mogła jedną nakarmić, a kiedy ta skubała jej palce, śmiała się tak mocno, że musiała usiąść.
Alec był tuż obok niej, strzepując brud z jej kolan, a ja stałam kilka kroków dalej, starając się nie okazywać bólu w piersi. Próbując nie poddać się pragnieniu posiadani






