Sadie.
Alec nie mówi ani słowa, gdy wypada z sali balowej, niosąc mnie przerzuconą przez swoje cholerne ramię jak jakaś prymitywna bestia.
Zaskoczone westchnienia i szepty odbijają się za nami echem, ale on nie zwalnia. Jego uścisk jest żelazny, a ciało drży z wściekłości – nie, nie z wściekłości. Z czegoś głębszego. Czegoś, co drapie pod moją skórą i rozpala moje żyły… Zazdrość.
Na zewnątrz zimne






