languageJęzyk

Rozdział 5

Autor: Isabella11 maj 2026

Gamma Voktor

— Voktor, nie śpisz, bracie? — Głos Alfy grzmi w mojej głowie przez linka. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że jest 5:40 rano, a ja położyłem się dopiero po czwartej. Pierdolę takie życie!

— Nie śpię. Co tam, Kald?

— Wybacz, że budzę cię tak wcześnie, ale potrzebuję cię w moim gabinecie. Spróbuj zgarnąć Valena po drodze. Nie odpowiada na linki ani na telefony.

Brzmi na tak samo wykończonego jak ja i wiem, że on też za wiele nie pospał, co natychmiast stawia moje zmysły w stan pogotowia. Już wiem, że nie spodoba mi się to, co się dzieje.

— Już idę. — Wyskakuję z łóżka, szybko naciągam szorty i koszulkę, po czym kieruję się na piętro powyżej, by spróbować obudzić Valena.

— VALEN! — Przez to całe picie i krzyczenie zeszłej nocy, a teraz wydzieranie się pod drzwiami Valena, mam zdarte gardło. — Valen, budź się, bracie! — W końcu, po kilku kolejnych uderzeniach w drzwi, otwiera je. Mam nadzieję, że nie wyglądam chociaż w połowie tak tragicznie jak on w tej chwili.

— Voktor, co się stało?

— Kaldor potrzebuje nas w gabinecie, już teraz. Próbował się do ciebie dodzwonić i dobić przez linka.

— Ach, szlag, wyłączyłem linka wczoraj i nie mam, kurwa, pojęcia, gdzie podział się mój telefon. — Przeciera twarz dłonią, podczas gdy ja przecieram oczy, próbując — bezskutecznie — się rozbudzić.

Jest już w szortach, więc szybko łapie koszulkę i obaj ciągniemy nasze zwłoki piętro wyżej, do gabinetu Kaldora.

— Cieszę się, że nie tylko ja jestem kompletnie nieżywy! — chrząka Kaldor, gdy obaj wpadamy do jego gabinetu i padamy na wielkie fotele przed biurkiem.

— Nawet dwóch godzin snu, Kald. To lepiej niech będzie ważne! — stęka Valen.

— Dzień dobry, chłopcy — wtrąca Maikos, wchodząc do gabinetu z Luną Lucią u boku. Oboje rześcy i uśmiechnięci, co wywołuje u nas zbiorowy jęk.

— Jak wy możecie być tak radosni? — marudzi Kald.

— Szklanka wody przed snem na początek, a było jeszcze coś... A, racja, twoja matka i ja byliśmy w łóżku przed północą. — Jego zawadiacki uśmiech sprawia, że chce mi się śmiać, ale ciało na to nie pozwala. — A o której wy poszliście spać?

Posyła nam swoje surowe ojcowskie spojrzenie, ale nie ukrywa rozbawienia, które czai się w kącikach ust.

— Około 3:30 — burczy Kaldor.

— Około 4:00 — dodaje Valen z podobnym grymasem.

— Po 4:00. — Jestem ostatni w kolejce do narzekania, co najwyraźniej jest kroplą, która przelewa czarę u Maikosa i Lucii, bo oboje wybuchają śmiechem, a my z bólem zakrywamy uszy.

Przysięgam, jeśli następna osoba, która tu wejdzie, będzie taka radosna, to zastrzelę albo siebie... albo ją. Na tym etapie obie opcje są równie prawdopodobne.

— Dlaczego siedzieliście tak późno? — pyta Lucia, choć podejrzewam, że doskonale zna odpowiedź.

— Oglądałem Netflixa! — wyrywa się Valen, bez wątpienia ciesząc się, że nie ma takiej samej odpowiedzi jak ja czy Kald.

— Tak, Netflix. Ja też oglądałem Netflixa — odpowiada zmieszany Kald, a ja tłumię śmiech w gardle, by oszczędzić moją biedną głowę.

— Jestem prawie pewien, że ten Netflix miał na imię Halia — wyśpiewuje Valen z szerokim uśmiechem. To już dla mnie za dużo, wybucham śmiechem, jednocześnie trzymając się za pulsujące skronie.

— I z czego się rżysz, śmieszku? Postawiłbym ostatniego dolara, że Lorcan wciąż jest u ciebie w łóżku — Kald rzuca mi swoje przebiegłe spojrzenie, ale to nie powstrzymuje mnie od śmiechu.

— Nie mam do was siły, chłopcy! — Lucia próbuje wyglądać na surową, ale nie trwa to długo.

— To jak ona miała na imię, Valenie? — pyta Maikos z uniesioną brwią i uśmiechem błąkającym się po twarzy.

— Chciałbym zauważyć, że byłem wczoraj bardzo grzecznym chłopcem, dziękuję bardzo! — Prezentuje swój dumny uśmiech, co znów doprowadza mnie do śmiechu.

— Dobra, chociaż chętnie bym dalej tak pogadał, to wezwałem was tu tak wcześnie z konkretnego powodu i sprawa jest dość pilna, więc powinniśmy zacząć. — Kald w sekundę przeszedł z trybu przyjaciela w tryb Alfy, a ja patrzę, jak u Valena budzi się tryb Bety.

— Co się dzieje, synu? — Maikos może już nie być Alfą, ale zawsze służy pomocą. Ponieważ Kald nie znalazł jeszcze swojej mate, jego mama Lucia wciąż pełni funkcję Luny watahy i uczestniczy we wszystkich spotkaniach, a Maikos, jako oddany partner, zawsze jest przy niej.

— Jak wiecie, zawarliśmy sojusz z watahą Crimson-Crag zaledwie kilka dni przed tym, jak tata ustąpił i ja przejąłem stery. W każdym razie, parę dni temu zadzwonił do mnie Alfa tamtej watahy, Rorgar. Chciał mnie poinformować, że dwóch członków jego watahy złamało bardzo surowe zasady, zostali wygnani i chciał nas uprzedzić na wypadek, gdyby pojawili się tutaj w poszukiwaniu miejsca do życia.

— Co zrobili? — pyta Valen, prostując się w fotelu.

— Napaść na kobiety, kradzież funduszy watahy, grożenie członkom stada, a na koniec grożenie samemu Alfie.

— Kurwa, odważnie.

— Mało powiedziane... Zaraz, jak mieliby mieć dostęp do funduszy watahy? — Betański mózg Valena w pełni się przebudził, za co jestem wdzięczny, bo moja natura Gammy wciąż śpi, odsypiając alkohol.

— Członkowie watahy, o których mowa, to Beta tamtego stada i jego syn. — Jasna cholera!

Wszyscy w pokoju reagują tak samo jak ja, ale czuję, że to nie koniec.

— Co jeszcze się stało, Kald? Dlaczego jesteśmy tu tak rano?

— Wczoraj, tuż przed grillem, Alfa Rorgar zadzwonił do mnie ponownie, by ostrzec, że widziano ich kilka godzin drogi stąd i że ma silne podstawy sądzić, iż bez powodu zabili wielu jego wojowników. Są niezwykle niebezpieczni i radził nam zachować pełną czujność.

— Więc co się teraz zmieniło? — Wiem, że kryje się za tym coś więcej.

— Około godziny temu obudził mnie telefon od Alfy Rorgara. Powiedział, że zauważono ich godzinę drogi od naszych granic i że zabili kolejnych wojowników. Powiedział, że są poza kontrolą i martwi się, że sprawią nam kłopoty. Postanowił cofnąć karę wygnania i chce ich zabrać z powrotem do swojej watahy, by wymierzyć inną karę.

— Chce ich zabić? — pyta Valen z domyślnym wyrazem twarzy.

— Nie powiedział tego wprost, ale tak, myślę, że o to chodzi. Poprosił nas o pomoc w ich schwytaniu. Są zagrożeniem dla naszej watahy, ale co ważniejsze, stanowią niebezpieczeństwo dla kobiet, dzieci i starszych, a naszym zadaniem jest ich chronić. Więc jeśli pomoc w złapaniu tych drani oznacza pozbycie się ich z okolic naszych granic, to bardzo chętnie pomogę.

— Jak najbardziej, wchodzę w to, Kald — mówi szybko Valen.

— Ja też — dodaję bez wahania.

— Czego tylko będziesz potrzebował, synu, jesteśmy z tobą — rzuca Maikos, a Luna Lucia z radością potakuje. Widzę, że Kaldor to docenia. To będzie jego pierwsza oficjalna sprawa jako Alfy i wiem, że wsparcie poprzedniego Alfy jest dla niego ważne.

To niesamowity człowiek i już teraz świetny Alfa, ale to nie znaczy, że czasem w siebie nie wątpi, zwłaszcza na samym początku. Wiem, że Valen też wciąż bywa nerwowy i miewa wątpliwości, ale jego rodzice są tak samo wspierający jak rodzice Kaldora, co bardzo mu pomaga.

Jak zawsze, czuję ukłucie bólu w sercu na myśl o moich rodzicach. Oczywiście nie jestem zazdrosny, że oni mają swoich rodziców przy sobie — po prostu jest mi smutno, że ja moich nie mam.

Ale wiem, że nie jestem sam. Valen i Kaldor może nie są moimi braćmi z krwi, ale są nimi w każdym innym znaczeniu tego słowa. Rodzice obu z nich zawsze byli dla mnie niesamowitym oparciem. Razem z Nyną dbali o to, by od tamtego dnia nigdy niczego mi nie brakowało, i będę im wszystkim dozgonnie wdzięczny.

— Dobra, chłopaki, chcę, żeby wszyscy byli ubrani i gotowi do wyjścia za 20 minut. Moi najlepsi wojownicy już się szykują, spotkamy się w kuchni. Alfa Rorgar ma zadzwonić w ciągu najbliższych 15 minut z nowymi informacjami i powie nam, gdzie jesteśmy potrzebni.

Po 20 minutach wszyscy jesteśmy gotowi. Po krótkim telefonie od Alfy Rorgara wiemy, że te wilki są 15 minut drogi od naszych terenów, czyli praktycznie tuż za granicą. Po szybkiej naradzie z wojownikami wyruszamy, by ich odnaleźć, zanim wejdą na nasze ziemie i skrzywdzą kogokolwiek z naszej watahy.

Gdy zbliżamy się do miejsca wskazanego przez Alfę Rorgara, zaczynam wyczuwać mnóstwo różnych zapachów. Wkrótce pojawiają się członkowie watahy Crimson-Crag i wyraźnie widać, że to stado ma potężne wilki, co sprawia, że trudno zrozumieć, dlaczego tak bardzo męczą się ze schwytaniem tylko dwóch osobników.

Sądząc po samej ich posturze, nie powinni mieć z tym żadnego problemu. Ta myśl nagle wywołuje u mnie dziwne przeczucie. Czuję, że coś tu jest nie tak, i ani ja, ani mój wilk Tazgar nie jesteśmy, kurwa, z tego zadowoleni. — Kaldor, coś mi tu nie gra!

— Właśnie o tym samym pomyślałem, Valen też — odpowiada natychmiast przez linka. Cieszę się, że nie jestem w tym odczuciu odosobniony, ale moje zmysły pracują na najwyższych obrotach, analizując, co może się dziać. Mimo to trzymamy się planu i ruszamy dalej w stronę jeziora, gdzie zauważono te typy.

Im bliżej jeziora, tym głośniejsze stają się warknięcia i skowyt, a po chwili słychać podniesione głosy.

— Voktor, musimy być nad jeziorem już teraz! — ryczy Tazgar w mojej głowie, a ja dosłownie czuję, jak próbuje przejąć kontrolę.

— Co jest, Tazgar?

— Nie wiem, ale wszystko we mnie krzyczy, że musimy być nad jeziorem natychmiast! — Jego ryk jest pieprzoną torturą dla mojego kaca, ale wiem też, że Tazgar nie zachowuje się tak bez powodu, a jego instynkt jest niezawodny.

Otrząsam się z pulsującego bólu głowy najlepiej jak potrafię i biegnę z całych sił w stronę jeziora. Kaldor i Valen pędzą tuż za mną. Nie mają pojęcia, dlaczego nagle wyrwałem do przodu, ale jak zawsze trzymają moje plecy, bez względu na przyczynę.

Gdy zbliżamy się do innych wilków i jeziora, jeden głos szczególnie się wyróżnia. Ktoś krzyczy z czystego, surowego bólu i z jakiegoś powodu sprawia to, że sam czuję cierpienie. To dosłownie szarpie moje serce, choć nie mam pojęcia dlaczego.

Wypadamy zza ostatnich drzew i widzimy jednego faceta leżącego na ziemi — jestem prawie pewien, że nie żyje. Drugi jest mocno trzymany przez wojowników, podczas gdy Alfa Rorgar zacisnął dłoń na jego gardle.

Słyszę, jak ktoś błaga — to syn Alfy, Trist, prosi go, by przestał, ale uwaga Alfy skupiona jest całkowicie na wilku, którego życie spoczywa teraz w jego rękach. Spoglądam na wilka, którego dni są policzone, i wtedy to się dzieje...

„MATE! MÓJ!” — ryczy Tazgar w moim umyśle i nagle wszystko nabiera sensu. Gwałtownie podnoszę wzrok, by znów na niego spojrzeć, i dosłownie widzę, jak życie z niego uchodzi. Zanim zdążę cokolwiek zarejestrować, mój instynkt przejmuje ster i biegnę z całych sił.

W kilka sekund dopadam do mojego mate i zaczynam odrywać rękę Alfy Rorgara od jego gardła. Może i nie wiem jeszcze, o co tu dokładnie chodzi, ale wiem jedno — żaden z tych skurwysynów nie tknie ani jednego włosa na głowie mojego mate, chyba że najpierw przejdzie po moim trupie.

— ZABIERAJ TE SWOJE PIERDOLONE ŁAPY OD MOJEGO MATE, ALBO WYRWĘ CI GARDŁO!

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 5 - Jego przeznaczony Gamma | StoriesNook