POV: EMERY
Aurelia płakała, aż zabrakło jej łez.
Zamknięta w dusznej, wilgotnej kajucie na pokładzie statku rzecznego, który wywoził ich z ludzkich ziem, jej szloch odbijał się rykoszetem od drewnianych ścian. Krzyczała na Emery'ego za jego głupotę, uderzała w jego klatkę piersiową delikatnymi, posiniaczonymi pięściami, a potem, pozbawiona resztek energii, opadła w jego ramiona, wydając z siebie rozdzierające serce zawodzenia.
Emery po prostu trzymał ją w ciemności.
Adrenalina, która napędzała jego brawurę w sali tronowej, całkowicie wyparowała, pozostawiając po sobie zimne, paraliżujące przerażenie.
Był teraz niewolnikiem. Zrównanym z błotem. I to nie niewolnikiem ludzkości, lecz potworów.
Przerażający baryton Viktora odbijał się echem w jego umyśle. *Przekazywany z rąk do rąk. Złamany. Wykorzystany.*
Jego kobiece ciało, ciasno skrępowane pod surdutem, nie mogło pozostać tajemnicą wiecznie. Zedrą z niego ubranie. Odkryją *ją*. A kiedy obóz dzikich, nienawidzących ludzi Likan zorientuje się, że w postaci chłopca ukrywa się świeża, nietknięta ludzka kobieta, Emery wiedział dokładnie, co się stanie.
Zostanie rozciągnięty i spustoszony aż do krwi. Gorący rumieniec z jego nocnego koszmaru przerodził się w obrzydliwą rzeczywistość.
Przełknął ciężko ślinę, pocierając dłonią drżące plecy Aurelii. – Oddychaj, Lia. Po prostu… oddychaj. Wyciągnę nas stąd.
Ciężkie drzwi kajuty ze skrzypnięciem się otworzyły, wpuszczając ostre światło księżyca do ich ciasnego więzienia.
Do środka weszło dwóch potężnych likantropich żołnierzy, a zapach wilgotnego futra i stali wyprzedzał ich o krok. Nie odezwali się. Jeden z nich szarpnął podbródek Aurelii do góry i wcisnął jej do gardła ciemną, gorzko pachnącą pigułkę. Zanim Emery zdążył krzyknąć, drugi żołnierz zacisnął żelazny uścisk na jego szczęce, wciskając podobną pigułkę na jego język.
Gorzka drętwota uderzyła w krwiobieg Emery'ego niczym rozbijająca się fala, wciągając go w absolutną ciemność w ciągu kilku sekund.
***
Agresywne stukanie drewnianych kół przywróciło Emery'emu świadomość.
Jego głowa pulsowała, a czaszka była wypchana watą. Zamrugał, chroniąc oczy przed ostrym światłem słonecznym wpadającym przez zakratowane okno pędzącego powozu. Aurelia jęknęła cicho, poruszając się na ławce naprzeciwko niego.
– Gdzie jesteśmy, Emy? – wyszeptała.
Emery podniósł się, opierając dłonie na kracie okna, i wyjrzał na zewnątrz.
Przerażone sapnięcie uwięzło mu w gardle.
– Urai – wyszeptał Emery, a krew w jego żyłach zamieniła się w lód. – Terytorium Likan.
Krajobraz na zewnątrz był cmentarzem ludzkiej godności pod gołym niebem. Rozległe pola martwej ziemi ciągnęły się kilometrami, rojąc się od postaci ubranych w łachmany. Ludzie. Setki, może tysiące z nich, poruszających się jak wydrążone skorupy. Mężczyźni dźwigali granitowe głazy na pokrytych pęcherzami ramionach.
I ku absolutnemu przerażeniu Emery'ego — kobiety.
Dziesiątki młodych, przerażonych ludzkich kobiet ciągnęło żelazne łańcuchy przez błoto, widok, który został całkowicie wymazany z królestwa Nawarry.
Potężni, barczyści likantropi nadzorcy przemierzali obrzeża, z roztargnieniem strzelając w ziemię grubymi, skórzanymi biczami, których ostre *trzask* odbijało się echem niczym grzmot.
Emery opadł z powrotem na siedzenie.
To już nie był koszmar. To było piekło na ziemi, a oni właśnie zostali wwiezieni prosto przez jego bramy.
Powóz ostatecznie zatrzymał się pod wyszczerbionymi, sięgającymi nieba filarami z czarnego kamienia, należącymi do imponującej fortecy. Ravenwood.
Żołnierze wyciągnęli ich z powozu i poprowadzili przez labirynt niemożliwie luksusowych, a zarazem niemożliwie zimnych marmurowych korytarzy, aż zostali wepchnięci do rozległej, pięknie zdobionej komnaty.
Zanim zdążyli choćby się odezwać, ciężkie dębowe drzwi otworzyły się do wewnątrz.
Do pokoju wkroczyła starsza ludzka kobieta, w ślad za którą podążała młodsza pokojówka i trzech likantropich strażników. Starsza kobieta – o ostrym spojrzeniu i emanująca surowym autorytetem – wbiła zmęczone spojrzenie w Emery'ego.
Zamroziło ją. Jej oczy prześlizgnęły się po jego porcelanowej skórze, kruczoczarnych włosach i delikatnym zarysie szczęki. – Bogowie w niebiosach. Przeżyłam ponad sześćdziesiąt lat i nigdy nie widziałam, by mężczyzna posiadał ułamek twojego piękna, mały książę. – Patrzyła na niego z niesamowitą mieszanką czci i głębokiej litości.
Emery zrobił niespokojny krok w tył, instynktownie przesuwając się tak, by Aurelia zasłoniła go przed jej wzrokiem. – Zostawcie nas w spokoju.
– Niestety dla ciebie, nie jesteś dzisiejszym priorytetem. – Starsza kobieta obróciła się ostro na pięcie. – Amie, przygotuj balię z najgęstszymi olejami. Wy trzej, rozbierzcie ją.
Likantropi strażnicy natychmiast rzucili się na Aurelię. Chwycili ją za ramiona, bez wysiłku zdzierając z jej ciała jedwab, gdy ta wrzeszczała i wyrywała się im.
– Przestańcie! – krzyknął Emery, odciągając ramię do uderzenia, ale starsza kobieta posłała mu tak zimne spojrzenie, że zamroziło szpik w jego kościach.
– Zainterweniuj, a spędzisz noc zakuty w dybach w lochach – ostrzegła. – Musi zostać wykąpana. Oczyszczona. To konieczne na to, co ma nadejść.
*Na to, co ma nadejść?*
Emery patrzył bezradnie, jak zanurzają szlochającą Aurelię w parującej, pachnącej wodzie. Nie mogąc znieść upokarzającego płaczu swojej siostry i popychany desperacką potrzebą znalezienia drogi ucieczki, Emery wymknął się przez niedomknięte drzwi komnaty, jak duch przemykając cichym, kamiennym korytarzem.
Błąkał się bez celu po mrocznych przejściach, dopóki niskie, dudniące głosy nie zatrzymały go w martwym punkcie.
Przycisnął plecy płasko do zimnego kamiennego narożnika, wytężając słuch.
– Dziewczyna nie poradzi sobie z bestią, lordzie Viktorze. To szaleństwo – odezwał się gładki, aksamitny głos. Lord Orion, ten z sali tronowej.
– Niewiele mnie to obchodzi, Orionie – odparł lodowaty, pozbawiony emocji baryton lorda Viktora. Wyraźny stukot ciężkich butów odbił się echem w korytarzu. – Pogoda opóźniła nasz powrót. Czas minął. Dziś w nocy trafi do zakazanych komnat.
Klatka piersiowa Emery'ego boleśnie się zacisnęła. *Zakazane komnaty?*
Orion westchnął ciężko. – Ma usługiwać najwyższej w hierarchii, zdziczałej bestii. Rzucenie jej tam całkowicie w ciemno… To wyrok śmierci.
– Niech więc zginie – zakpił Viktor, wyprany z choćby uncji litości. – Jeśli dziewczyna pęknie, zanim bestia się nasyci, po prostu wrzucę do niej tego ślicznego małego księcia. A jeśli on zginie, znów przekroczę granicę i wywlekę dziesięć kolejnych księżniczek z żałosnych królewskich łóżek Nawarry. Obchodzi mnie tylko, by wściekłość bestii została ukojona.
Martwa cisza zadźwięczała w korytarzu.
Emery nie mógł oddychać. Jego płuca się skurczyły, a świat zaczął wirować wokół własnej osi.
Nie przybyli tu, by szorować podłogi. Nie przybyli tu, by serwować wino.
Zostali kupieni jako mięso jednorazowego użytku. Chodzące mięso, by ostudzić furię dzikiej, bezlitosnej bestii, dopóki nie zostaną dosłownie rozerwani na strzępy.






