– Myślę, że ten krawat pasuje ci najbardziej.
Althea wybrała go z bogatej kolekcji Davena. Wiedziała, że tylko tolerował jej obecność, ale odsunęła zakłopotanie na bok. Jej plan musiał zadziałać – przynajmniej dopóki nie skończy się czas ich umowy.
Zresztą, i tak mieli się już nigdy nie zobaczyć. Mogła więc równie dobrze udawać, że żyje we śnie – w romantycznej fantazji, w której jej ukochany mąż istnieje wyłącznie dla niej. A kiedy ten sen dobiegnie końca, powróci do swojej rzeczywistości: rzeczywistości kobiety, której pisane było życie w samotności.
Althea odgrywała swoją rolę z cichą gracją, nigdy nie prosząc o nic w zamian. Dopóki Daven jej od siebie nie odpychał, przyjmowała to jako aprobatę – nawet, jeśli bywała ona niechętna. Lecz każdy jej ruch, każde wypowiedziane przez nią słowo pozostawiało ślady, których Daven nie potrafił już dłużej ignorować.
Uniósł jedną brew. – Potrafię się sam ubrać.
– Wiem – odparła Althea z lekkim uśmiechem. – Ale pozwól mi dziś coś dla ciebie wybrać.
Położyła na kanapie garnitur i pasujący do niego krawat.
– Rób, co chcesz – mruknął Daven, nie patrząc na nią. – Jesteś głupia... marnujesz czas na coś tak bezcelowego.
Althea odwróciła się do niego, nic sobie z tego nie robiąc. Nie czuła się zraniona. Nie czuła się urażona. Jej twarzy nie opuścił lekki uśmiech.
– Być może. Ale wytrzymaj jeszcze ten ostatni miesiąc.
– Davenie, kochanie!
Piskliwy głos kobiety – zachłanny i stanowczo zbyt entuzjastyczny – przeciął powietrze, zatrzymując Altheę w miejscu.
Daven z kolei pospiesznie wsunął marynarkę, jakby już ktoś na niego czekał.
– Czy to... panna Vanessa? – zapytała Althea.
– Nie mam pojęcia, dlaczego zjawiła się tu tak wcześnie. – Daven wyszedł z sypialni, a tuż za nim podążyła Althea, starając się ze wszystkich sił zachować zimną krew.
W salonie Vanessa i Kate Callister były pogrążone w ożywionej dyskusji. Ich twarze rozpromieniły się jeszcze bardziej, gdy zjawił się Daven. Ale...
– A ty co tu robisz? – zakpiła Kate, piorunując wzrokiem kobietę stojącą za Davenem.
Althea zdecydowała się na uśmiech. – Właśnie odprowadzam męża do pracy.
Vanessa zaśmiała się głośno, a Kate wtórowała jej w kpinach.
– O mój Boże! Słyszałaś to, Vanesso? – powiedziała Kate przez śmiech.
– Cóż za bezwstydna kobieta – parsknęła Vanessa, krzyżując ramiona na piersi.
– Wystarczy – wtrącił Daven, nie pragnąc dramatu z samego rana. – Co cię tu sprowadza tak wcześnie, kochanie?
Vanessa natychmiast zatarła ślady irytacji na swojej twarzy i przylgnęła do Davena z udawaną słodyczą, ignorując to, jak patrzyła na nich Althea – łagodnie, smutno i z rezygnacją. Ponieważ właśnie tak miało to wyglądać. Vanessa należała do Davena. Althea była tu zaledwie intruzem w domu, który i tak nigdy do niej nie należał.
– Chcę, żebyś zabrał mnie do studia, skarbie – zamruczała Vanessa.
Daven wyglądał na lekko zirytowanego, ale nie protestował. Nie miał wyboru, mógł się jedynie podporządkować. – W porządku. Chodźmy.
Althea przyglądała się, jak wszystko się rozgrywa, próbując się przygotować. Nie był to pierwszy raz – i z pewnością nie ostatni – kiedy musiała być świadkiem, jak Daven i Vanessa obnoszą się ze swoimi uczuciami na jej oczach. Zresztą powinna już przyzwyczaić się do tego bólu.
Ale i tak... bolało.
– Jedź ostrożnie, Davenie – powiedziała cicho.
Jej słowa przykuły jego uwagę. Przystanął na moment i odwrócił głowę. Althea posłała mu blady uśmiech. Jej ciepłe, brązowe oczy spotkały się z jego wzrokiem, łagodne i szczere.
– Miłego dnia – dodała.
– Chodźmy. – Vanessa szybko chwyciła Davena za rękę, ciągnąc go w stronę drzwi. Jej twarz napięła się od tłumionej złości. Gdyby nie umówione spotkanie w studiu, poświęciłaby resztę dnia na to, by dopilnować, że Althea będzie znała swoje miejsce.
Szlag by to trafił. To wszystko wina Davena, który pozwalał tej kobiecie na zbyt wiele swobody!
W momencie, gdy tylko wyszli, Althea wypuściła długi, drżący oddech. Ból w jej piersi nie malał. Musiała się uspokoić. Ale w chwili, gdy odwróciła się, by opuścić salon, poczuła na policzku brutalne uderzenie.
Piekło – niezwykle głęboko.
– Znaj swoje miejsce, Altheo! – wrzasnęła Kate; jej oczy były szeroko otwarte z wściekłości. – Jesteś pasożytem w związku mojego syna. Brzydzisz mnie, ty haniebna kobieto!
Althea dotknęła swojego płonącego policzka z osłupieniem.
– Oślepłaś? Nie widziałaś, jacy są wobec siebie czuli? Oni są wręcz dla siebie stworzeni, Altheo. A ty? – Kate dźgnęła palcem tuż przed twarzą Althei. – Jesteś po prostu żałosnym intruzem, który żyje z litości mojej matki. Powinnaś być wdzięczna, że w ogóle pozwalamy ci tu zostać.
Althea mogła jedynie spuścić wzrok, drżąc na całym ciele.
– Nawet nie waż się marzyć, że zostaniesz częścią tej rodziny!
***
– Mamo – szepnęła Althea. Jej policzek wciąż pulsował z bólu, lecz nie mogła wycofać się z podjętej decyzji. – Proszę, pomóż mi znaleźć w sobie siłę, by iść dalej.
Wpatrywała się w swoje odbicie w wysokim lustrze. Suknia, którą miała na sobie, była prezentem od Evelyn Callister – uprzejmej, serdecznej kobiety, która była jej tak bliska. Jej odejście pozostawiło głęboką pustkę w sercu Althei. Zupełnie jak w chwili, gdy straciła matkę, która wydała ostatnie tchnienie po fatalnym urazie głowy w tamtym wypadku, Althea nie była w stanie przestać płakać.
Evelyn po cichu kupiła jej kilka eleganckich sukienek, mówiąc, że może pewnego dnia Althea uda się na jakieś oficjalne wydarzenie u boku Davena. Niestety, ten dzień nie nadszedł nigdy wcześniej.
Aż do tego wieczoru.
Suknia była w kolorze bladego złota, subtelnie mieniąca się w świetle i spływająca po jej ciele z wdzięcznym, stonowanym cięciem. Dekolt był odsłonięty, ozdobiony jedynie delikatnym naszyjnikiem z pereł – ostatnią pamiątką po matce.
Włosy Althei były upięte w niski kok, staranny, lecz jednocześnie miękki, który okalał jej twarz. Jej makijaż był jasny, by tylko podkreślić spokój w oczach i łagodny łuk jej uśmiechu. Nie wyglądała jak kobieta o skromnym pochodzeniu. Tego wieczoru Althea Grayson w każdym calu prezentowała się jak arystokratka, która właśnie wyszła z jakiejś klasycznej opowieści.
– O to właśnie poprosił mnie Daven... część mojej roli jako jego żony, prawda? Oby chociaż... ten wieczór minął bez żadnych incydentów – szepnęła do siebie, próbując zebrać w sobie odwagę.
Kiedy otworzyła drzwi sypialni i weszła do głównego korytarza, Daven już tam był, stojąc i przeglądając coś w telefonie, zupełnie jakby jego świat był na tyle zajęty, by nie mógł zauważyć niczego wokół.
Ale zamarł na dźwięk stukania obcasów o podłogę. Uniósł wzrok, a jego wyraz twarzy zmienił się wręcz nieznacznie. Nie wypowiedział ani słowa, lecz jego spojrzenie zatrzymało się na niej. Opuścił rękę, zapominając o telefonie, a między jego brwiami pojawiła się cienka zmarszczka.
Althea zbliżyła się do niego, a na jej ustach wciąż gościł ten nikły uśmiech. – Długo... czekałeś?
– Nie – odpowiedział krótko Daven.
– Czy... czy ta suknia nie jest nazbyt krzykliwa? – zapytała, będąc odrobinę zdenerwowana pod ciężarem jego spojrzenia – w ten sposób nie patrzył na nią jeszcze nigdy wcześniej. – Jeśli tak, to mogę przebrać się w coś innego.
– Nie ma takiej potrzeby – odparł cicho. – Chodźmy. Samochód już czeka.
Podczas drogi Daven przez większość czasu milczał. Lecz w przeciwieństwie do swoich zwyczajowych zachowań, nie dystansował się. Usiadł obok niej i po raz pierwszy nie wzdrygnął się, kiedy Althea instynktownie wyciągnęła rękę, by poprawić jego krawat.
Jej dłoń zatrzymała się, gdy palce otarły się o jego kołnierzyk. Ich spojrzenia się skrzyżowały – tylko na moment – lecz to w zupełności wystarczyło, by Daven wykonał ostry wdech i odwrócił twarz do okna.
– Och, przepraszam – powiedziała prędko Althea, odsuwając rękę, by dać mu trochę przestrzeni.
Daven wciąż milczał.
– Tego wieczoru nie będę stać zbyt blisko ciebie – rzuciła w końcu twardym, ale ostrożnym głosem. – Skoro wkrótce zamierzasz poślubić Vanessę, to chyba mam rację, że powinnam znać swoje miejsce.
Daven obrócił się powoli, rzucając jej przenikliwe spojrzenie. – A co to ma niby znaczyć?
– Po prostu pozostanę lekko z tyłu – wyjaśniła miękko z bladym uśmiechem, starając się brzmieć racjonalnie. – Może po twojej prawej stronie, ciut dalej. Na tyle blisko, żebyś wiedział, że tam jestem... ale by nie wchodzić ci w drogę. Nie pragnę wywoływać żadnych nieporozumień.
Daven na moment zamknął oczy, by następnie je otworzyć i rzucić niskim i chłodnym głosem. – Jeśli odważysz się odejść ode mnie choć na krok, lub jeśli przed nimi będziesz udawać, że wcale nie jesteś moją żoną – powiedział cichym, groźnym tonem – to obiecuję ci, że gorzko tego pożałujesz.
Althea zamarła w bezruchu. Wpatrywała się w niego z niepewnością, czy w ogóle dobrze go usłyszała. – Davenie, ja tylko...
– Nie ma żadnego „tylko” – syknął, mrużąc oczy. – Dzisiejszego wieczoru masz stać obok mnie. Jako moja żona. Tak, jak powinnaś.
Pomiędzy nimi zapanowała ciężka cisza.
Althea spuściła wzrok, a kilka kosmyków włosów opadło z jej głowy, zasłaniając twarz.
– ...W porządku – szepnęła po dłuższej chwili. – Jeśli tego właśnie pragniesz.
Lecz w głębi duszy, jedno pytanie wciąż i wciąż odbijało się echem w jej sercu.
Dlaczego? Dlaczego Daven to robi?






