languageJęzyk

1- Przeznaczeni partnerzy

Autor: Skylar Quinn13 maj 2026

Ja, tak jak wszyscy inni w watasze, kochałam się w przyszłym Alfie, odkąd byliśmy dziećmi. Ale nie każdy kochał go tak jak ja.

Nie żebyśmy kiedykolwiek ze sobą rozmawiali, poza tym jednym razem, gdy przypadkiem na mnie wpadł, ani żeby w ogóle mnie zauważał, choć nie mogłam przestać się w niego wpatrywać. Moje myśli były nim całkowicie pochłonięte. Może to była obsesja, ale żadne próby nie potrafiły powstrzymać mnie przed fantazjowaniem o nim.

Może i byłam ładna, ale nikt mi tego nigdy nie powiedział. Lubiłam szkołę i miałam przyjaciół, ale nie wyróżniałam się. Nie tak jak jego olśniewająca, naturalna blondynka, długonoga dziewczyna, z którą był przez większość liceum. Ona wiedziała, jak skupiać na sobie uwagę wszystkich.

Tak było aż do moich osiemnastych urodzin, w lato po ukończeniu szkoły.

Przechodziłam obok placu treningowego, idąc na spacer, zanim moi rodzice się obudzą w oczekiwaniu na naszą tradycję smażenia większej ilości naleśników, niż byliśmy w stanie zjeść, i oglądania filmów przez całe rano, żeby dojść do siebie.

Poczułam coś pysznego; co więcej, był to zapach kojący, a zarazem wabiący. Przypominał mi las po deszczu, ale poranne niebo było bezchmurne i takie pozostawało od wielu dni.

Przyszły Alfa, Kaelen, zagrodził mi drogę. Przełknęłam ślinę; jego ciemnobrązowe włosy były wilgotne od potu, a pasujące do nich brązowe oczy rozbłysły czernią nocy.

– Moja – warknął.

Poczułam w brzuchu miliony motyli, a całe moje ciało zadrżało, gdy szok przykuł mnie do miejsca.

Nie mogłam w to uwierzyć; wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłam, a czego nie odważyłam się nawet ubrać w słowa poza moimi niedorzecznymi fantazjami, właśnie się spełniało.

Tego dnia uczynił mnie swoją na każdy możliwy sposób. Od tamtej chwili mój świat kręcił się wokół niego jeszcze bardziej niż wcześniej.

To było ponad rok temu, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć, że był mój, tylko mój. Nie było idealnie. Oboje byliśmy zajęci nauką przejmowania nowych ról, które obejmiemy kilka miesięcy po tym, jak skończy dwadzieścia jeden lat. Kiedy oficjalnie zostanie Alfą, ja będę u jego boku jako jego Luna.

To wciąż wydawało się nierealne. Nadal patrzyłam na niego tak, jak kiedyś na stołówce – z tęsknotą i pożądaniem. Jedyną różnicą było to, że teraz on odwzajemniał te spojrzenia z równie wielką intensywnością.

– Zamień widelce. Przecież to wiesz, Elaro – skarciła mnie obecna Luna Vespera, matka Kaelena.

Moje lekcje na Lunę składały się głównie z planowania przyjęć, zapamiętywania imion i twarzy wysoko postawionych członków innych watah, nauki bycia uosobieniem opanowania, a zarazem ciepła, oraz myślenia o tym, co robi Kaelen.

Szczerze mówiąc, miałam problem ze wszystkimi tymi rzeczami poza tą ostatnią. Wszystkie beże wyglądały dla mnie identycznie; nie wiedziałam nawet, że istnieje więcej niż jeden odcień brzoskwiniowego.

– Przepraszam, Luno – wymruczałam, napotykając jej karcące spojrzenie. Żadnego mruczenia.

– Luno, Elaro. – Jaxon, przyszły Gamma Kaelena, wszedł do pokoju, witając nas. – Lysandra jest tutaj i prosi o audiencję.

– Cóż, czyż to nie wspaniale? – Uśmiech Luny Vespery był szczery, ale mój żołądek stał się ciężki jak ołów. Lysandra? Ta Lysandra, dziewczyna Kaelena z liceum? To niemożliwe; przecież wyjechała na studia.

– Możesz dokończyć nakrywanie, prawda? – zwróciła się do mnie, a ja skinęłam głową.

– Oczywiście, Luno. – Uśmiechnęłam się do niej mimo ciekawości i prawdopodobnie nieuzasadnionego lęku.

– Pomogę – dodał Jaxon, odbierając tacę ze sztućcami od Luny Vespery.

– Dzięki – mruknęłam, gdy tylko wyszła z pokoju.

– To czyste tortury – zażartował.

– Tutaj nie mogę się z tobą nie zgodzić.

– Wolałbym odbyć dwa treningi pod rząd niż jedną lekcję z Luną.

Choć nie trenowałam regularnie, czasem dołączałam do ćwiczeń. Ale odkąd zostałam towarzyszką Kaelena, stając się tym samym przyszłą Luną, wymagano ode mnie całkowitego zaprzestania treningów.

– Elaro, jest ktoś, kogo chciałabym ci przedstawić – Luna stanęła w progu.

Chwilę później do środka wkroczyła Lysandra, ta sama Lysandra.

Spojrzała na nakrycia stołu, zanim w ogóle spojrzała na mnie.

– Jaxon. – Uśmiechnęła się do niego, obnażając olśniewająco białe zęby. Jej naturalnie blond włosy były idealnie skręcone; stała wyprostowana i pewna siebie w obcisłej czerwonej sukience, która wydawała się bardziej odpowiednia na przyjęcie, oraz w czarnych szpilkach eksponujących jej długie, złociste nogi.

– Miło cię widzieć, minęło mnóstwo czasu – Jaxon odwzajemnił uśmiech, spoglądając to na jedną, to na drugą z nas. – Jak tam studia?

– W porządku. – Machnęła wypielęgnowaną dłonią. – Ale Veridan Vale jest takie nudne; prawie nie ma tam co robić. – Nazwa Veridan Vale poruszyła coś w mojej pamięci, ale nie wiedziałam co.

– Lysandro, nie jestem pewien, czy zostałaś już formalnie przedstawiona Elarze, towarzyszce Kaelena. – Jaxon dokonał prezentacji, na którą czekałam ze strony Luny Vespery. Uśmiech Lysandry drgnął na ułamek sekundy, a ten promienny, który posłała Jaxonowi, został zastąpiony przez zaciśnięte usta, gdy mi się przyglądała.

Założyłam pasmo moich falowanych czarnych włosów za ucho, walcząc o to, by utrzymać wzrok na jej poziomie i nie patrzeć w dół na moją zwyczajną, białą bawełnianą sukienkę. Nagle poczułam się fatalnie ubrana we własnym domu.

– Nie przedstawiono nas sobie. – Lysandra wyciągnęła dłoń, nie robiąc jednak kroku w moją stronę.

Zmniejszyłam dystans między nami i uścisnęłam jej rękę. – To przyjemność. – Przywołałam swój najlepszy, sztuczny uśmiech Luny. – Ja i Kaelen czujemy się zaszczyceni twoją wizytą. Mam nadzieję, że zostaniesz na jego urodziny? – Mówiłam opanowanym głosem, choć z jakiegoś powodu miałam ochotę wydrapać jej te idealnie pomalowane oczy.

Jego przyjęcie z okazji dwudziestych pierwszych urodzin miało odbyć się za kilka dni, a ja pomagałam przy każdym aspekcie przygotowań. To było coś, z czego byłam autentycznie dumna i chciałam, żeby zobaczyła, że jestem kompetentna, nawet jeśli nie wyglądałam tak dobrze w minispódniczce. Ale czym właściwie chciałam się pochwalić? Moimi umiejętnościami planowania imprez? Nawet sama ta myśl wydawała się nudna.

– Oczywiście – odpowiedziała. Mój żołądek zawiązał się w supeł, ale czyż nie na taką odpowiedź właśnie liczyłam?

– Nie mogę się doczekać, żeby poznać cię lepiej – dodałam, nie ustępując i nie przestając się uśmiechać.

– Nawzajem. – Jej uśmiech był pozbawiony emocji. – Ach, Elara, tak?

Skinęłam głową.

– Wydaje mi się, że pomyliłaś łyżki do zupy z deserowymi.

Oderwałam od niej wzrok i spojrzała na nakrycie.

– Rzeczywiście – cmoknęła Luna Vespera. – Dziękuję, że to zauważyłaś, Lysandro.

Wyprowadziła ją z pokoju; szły z głowami blisko siebie, śmiejąc się i szepcząc.

Jęknęłam i opadłam na krzesło.

– Bardzo nie w stylu Luny – zaśmiał się Jaxon. – Ale twój występ był świetny.

Spojrzałam na niego gniewnie. – To było aż tak oczywiste?

– Cóż. – Wzruszył ramionami i potarł kark, co było u niego wyraźnym znakiem, że stara się nie zranić niczyich uczuć.

Jaxon i przyszły Beta, Ikaros, zostali moimi przyjaciółmi w ciągu ostatniego roku, ale do Jaxona poczułam sympatię niemal natychmiast. Na początku byłam zaskoczona tym, jak bardzo mnie zaakceptowali. Zdecydowanie nie byłam typem dziewczyny, z którymi zazwyczaj się zadawali. Ale przez ten ostatni rok robiliśmy właściwie wszystko razem jako przyszła hierarchia watahy i wszyscy mieszkaliśmy w rezydencji.

Wprowadziłam się noc po tym, jak Kaelen mnie posiadł i naznaczył; myśl o tamtej nocy wciąż przyprawiała mnie o dreszcze przyjemności. Byłam w kompletnym szoku i osłupieniu, że mężczyzna, o którym marzyłam przez większość życia, brał mnie w posiadanie, odkrywając moje ciało po raz pierwszy w życiu swoim językiem, rękami, a potem swoim...

– Elaro? – Jaxon spojrzał na mnie, wyrywając mnie z myśli.

– Hm?

– Pytałem, czy jest coś jeszcze do zrobienia po tym, jak zamienimy te łyżki. – Pokręciłam głową i zagryzłam wargę, powstrzymując się przed wypytaniem go o Lysandrę.

Mój żołądek się zacisnął, gdy o niej pomyślałam. Ból był niemal fizyczny, jakby ktoś wyssał ze mnie całe powietrze i wypełnił mi płuca ołowiem. To była szalona reakcja na zazdrość, która, jak wiedziałam, była nieuzasadniona. To, co ich łączyło, skończyło się, zanim jeszcze dowiedziałam się, że jestem jego przeznaczoną; nie odebrałam go jej. Nawet jeśli, to ja byłam jego towarzyszką; ona była tylko dziewczyną, byłą dziewczyną.

– Wszystko w porządku? – Przyglądał mi się z troską wymalowaną na twarzy.

– Tak, oczywiście. – Próbowałam oddychać mimo ostrego bólu.

– Nie przejmuj się Lysandrą; ona taka jest przy nowych ludziach – wzruszył ramionami.

– Jasne. – Spróbowałam to zbagatelizować. – Idę znaleźć Kaelena. – Zdołałam się podnieść mimo namacalnej zazdrości, która przeze mnie promieniowała.

Szłam korytarzem, mając nadzieję, że uda mi się przechwycić mojego partnera w gabinecie jego ojca, gabinecie Alfy Harkona, zanim pobiegnie do kolejnego punktu w swoim napiętym grafiku.

Wszystko działo się błyskawicznie między jego urodzinami a przejęciem przez nas watahy krótko potem. Ledwo się widywaliśmy.

Wiedziałam, że zobaczenie go, poczucie jego dotyku rozproszy to szalone uczucie, które zapuściło we mnie korzenie i zalewało mnie niczym rozżarzone węgle. Czułam to już wcześniej, ale zazwyczaj nie wiązało się to z zazdrością; czasem pojawiało się pod wpływem stresu, gdy Kaelen wyjeżdżał. Zapewne to normalne, że partnerzy tak instynktownie reagują na nieobecność swojej drugiej połowy.

W końcu przypomniałam sobie, gdzie słyszałam o Veridan Vale. Kaelen miał tam konferencję miesiąc temu, w parku, którego nazwy nie pamiętałam, a może on mi jej nie powiedział. Naprawdę musiałam zacząć lepiej zapamiętywać te wszystkie rzeczy.

Skręciłam za róg przed ciemnymi drewnianymi drzwiami gabinetu jego ojca, który wkrótce miał należeć do niego. Zza drzwi dobiegł odgłos uderzenia. Warknięcie, głośny jęk, a potem kolejne, stłumione, jakby ktoś próbował je uciszyć.

Poczułam, że się czerwienię. Alfa Harkon i Luna Vespera nie okazywali sobie czułości przesadnie wylewnie, ale byli przeznaczonymi sobie towarzyszami. To było naturalne. Odwróciłam się tak cicho, jak tylko mogłam, by zapewnić im prywatność.

– Kaelen, Kaelen. – Cichy jęk rozległ się ponownie, po czym przeszedł w zdławione sapanie.

Zamarłam. Każda komórka mojego ciała wydawała się naelektryzowana. Przełknęłam ślinę, gdy oblał mnie zimny pot, wtórując lodowatemu przerażeniu w moim wnętrzu. Musiałam się przesłyszeć. Na pewno się przesłyszałam.

Wyciągnęłam drżącą rękę w stronę klamki. Drzwi nie były zamknięte na klucz, co sprawiło, że serce podeszło mi do gardła. Czy naprawdę chciałam to zobaczyć? Uchyliłam drzwi tylko odrobinę, by upewnić się, że nic się nie dzieje.

Ale Kaelen stał tuż przede mną, plecami do drzwi.

Znałam każdy cal jego ciała, sposób, w jaki jego mięśnie prężyły się i napinały, gdy... gdy był we mnie.

Długie, złociste nogi, wciąż w czarnych szpilkach, oplatały go w pasie.

– Kurwa – mruknął. Wiedziałam, co to oznaczało. Był blisko.

Był blisko dojścia w Lysandrze.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 1: 1- Przeznaczeni partnerzy - Odrzucona partnerka alfy: Królewska druga szansa | StoriesNook