Nie miałam pojęcia, co robić. Chciałam uciekać i krzyczeć, ale nie mogłam się poruszyć. Czy byłoby lepiej, czy gorzej, gdybym przyłapała ich na gorącym uczynku?
Chciałam usłyszeć jego wyjaśnienia, dowiedzieć się, jak mógł mi to zrobić.
Chciałam, żeby poczuł winę, która pomogłaby uśmierzyć mój gniew. Chciałam, żeby poczuł żal, by ukoiło to moją gorycz po zdradzie. Chciałam wyjaśnień, które zmyłyby szok i ból.
Zanim zdążyłam podjąć decyzję, odwrócił się, podciągając spodnie, i mnie zobaczył.
Oboje mnie zobaczyli.
On znieruchomiał i wypowiedział moje imię; ona posłała mi leniwy uśmiech.
A ja uciekłam.
- - - - -
– Elara, do cholery, Elara.
Gonił mnie, gdy zatrzasnęłam za sobą drzwi do naszej sypialni i zanurkowałam pod kołdrę.
– Elara. – Wpadł do pokoju, a moje łzy zaczęły płynąć.
Nie potrafiłam myśleć, nie potrafiłam niczego przetworzyć. Po prostu czułam. I wszystko, co czułam, było złe.
Materac ugiął się, gdy usiadł obok mnie i położył dłoń na moich plecach.
– Ja… ja… – zaczął – nie wiem, co powiedzieć.
Czekałam, aż będzie kontynuował. Choć tak bardzo chciałam wrzeszczeć i krzyczeć, pragnęłam, by to on błagał o wybaczenie. Potrzebowałam jego wyjaśnień, żeby wszystko znów było w porządku.
Po kilku chwilach milczenia ciężkie ciepło jego dłoni całkowicie mnie opuściło.
– Porozmawiamy, jak się uspokoisz. – Westchnął, a ja poczułam ponowne drgnięcie łóżka.
Naprawdę zamierzał wyjść? Tak po prostu?
Odpowiedział mi dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi.
Dziura w mojej piersi rozdarła się jeszcze bardziej, nie mogłam oddychać.
Ale on nie wrócił.
_ _ _ _ _
Nie wiem, kiedy zasnęłam, ale kiedy się obudziłam, leżał obok mnie w łóżku. Poczułam falę ulgi, choć nie byłam pewna dlaczego. Po prostu wtuliłam się w jego szerokie plecy i pozwoliłam, by jego potężne ciepło łagodnie wciągnęło mnie z powrotem w otchłań.
_ _ _ _ _
Wstał przede mną. Tępy łomot w mojej piersi groził ponownym rozdarciem. Ale wrócił. Dla mnie.
Wskoczyłam pod prysznic i przeczesałam włosy szczotką; moje jasnozielone oczy wydawały się jeszcze jaśniejsze w zestawieniu z zaczerwienionymi obwódkami powiek. Skrzywiłam się na własne odbicie; nie dało się ukryć tego, co robiłam przez cały wczorajszy dzień i noc.
Podążyłam za dźwiękami przytłumionej rozmowy do jadalni. Zatrzymałam się w progu, a serce podeszło mi do gardła. Przemknęłam obok otwartych drzwi, mając nadzieję, że nikt mnie nie zauważy.
– Elara, kochanie? – Znieruchomiałam, próbując rozluźnić zaciśnięte pięści.
Zatrzymałam się w przejściu; za nic w świecie nie zamierzałam siedzieć z tą suką.
Luna Vespera i Lysandra wyglądały na całkowicie odprężone. Siedziały we dwie przy śniadaniu.
– Przepraszam, nie mogę do was dołączyć. – Zmusiłam się do uśmiechu, licząc na to, że wyda się szczery. – Mam…
– Ach, twoja wizyta, tak. – Luna Vespera uśmiechnęła się do mnie.
Och, zupełnie zapomniałam o tej wizycie u lekarza.
Skinęłam głową i odwróciłam się, nie zaszczycając Lysandry ani jednym spojrzeniem. Wiedziałam, że to by mnie zgubiło. Przebrała mnie wściekłość na samą myśl o jej tupecie – siedziała tutaj, w moim domu, po tym, co zrobiła z moim partnerem.
Idąc w stronę kliniki watahy, nie mogłam skupić się na niczym poza gniewem.
Dwie duże dłonie objęły mnie, oszałamiając na chwilę, zanim otoczył mnie jego znajomy zapach.
– Chodź tutaj. – Wciągnął mnie do pustego pokoju, zamykając za nami drzwi.
Nie mogłam przestać się trząść. Do oczu napłynęły mi gorące łzy.
– Dlaczego? – zażądałam odpowiedzi, zanim zdążył się odezwać.
Pokręciłam głową, a łzy spłynęły mi po twarzy. Nie ocierałam ich; chciałam, żeby widział, co zrobił.
– Ja, cóż. – Potarł kark; rzadko brakowało mu słów. – To nie powinno się tak stać. Naprawdę. Tak bardzo cię przepraszam. Nie zasługujesz na to. – Przykuł mnie do miejsca spojrzeniem swoich czekoladowych oczu.
Mimo wszystko, w brzuchu poczułam znajomy skurcz.
– Chcę, żeby stąd zniknęła – zażądałam.
– Elara – westchnął – nie mogę.
– Możesz. Może przyjść na twoje przyjęcie, ale nie ma prawa tutaj mieszkać. – Wydobyłam z siebie głos Luny, który trenowałam. Zakładałam, że właśnie dlatego była tu rano; zatrzymała się w pokoju gościnnym w domu watahy.
– Dobrze. – Spuścił głowę, po czym zbliżył usta do moich.
Zatrzymał się, gdy jego wargi niemal dotknęły moich. Zaparło mi dech, przeszył mnie dreszcz pożądania. Jego pocałunek był powściągliwy, a jednocześnie zachłanny; przyciągnął mnie do siebie. Otoczyły mnie iskry i ciepło więzi partnerskiej. Czułam, jak całe napięcie opuszcza moje ciało w jego objęciach. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio całował mnie w ten sposób poza chwilami intymnymi, o ile w ogóle kiedykolwiek to robił.
Odsunął się, a ja dotknęłam dłonią swoich nabrzmiałych ust. Wciąż sprawiał, że kręciło mi się w głowie.
– I co teraz? – szepnęłam.
Przeczesał dłonią ciemne włosy.
– Przepraszam, sam już nie wiem. To wszystko, to co się dzieje… chyba po prostu nie czuję się sobą.
To nie było prawdziwe wyjaśnienie, ale chciałam mu wierzyć.
„Elara, czy nadal wybierasz się na wizytę?” – głos doktor Liorah rozbrzmiał w mojej głowie poprzez więź mentalną.
– Muszę iść. – Zawahałam się, przyglądając mu się. – Na wizytę. Porozmawiamy później.
Skinął głową, zakładając mi kosmyk włosów za ucho, a ja rozpłynęłam się pod jego dotykiem.
– Przepraszam, to nie było wobec ciebie sprawiedliwe – szepnął, a ja przytaknęłam, walcząc z łzami, które znów napłynęły mi do oczu.
– Wybaczam ci.
Te słowa brzmiały źle, gdy je wypowiadałam. Nie wiedziałam nawet, czy on w ogóle prosił o wybaczenie. Chciałam, żeby bardziej się płaszczył, ale jeszcze bardziej nie chciałam go stracić.
Moja miłość na całe życie, która była mi przeznaczona.
To był tylko błąd, przez który wspólnie przejdziemy. To nas wzmocni, a nasza miłość stanie się intensywniejsza.
Mogłam znieść ten ból. Nie było innej alternatywy.
- - - - -
– No cóż, Luno. – Lekarka w średnim wieku, która zawsze zdawała się tryskać energią, siedziała za biurkiem. – To znaczy, Elara, przepraszam. – Uśmiechnęła się do mnie.
Kochałam ten tytuł; napawał mnie dumą. Świadomość, że będę pomagać chronić watahę, którą kochałam i w której dorastałam u boku mężczyzny, którego zawsze darzyłam uczuciem, choć nigdy nie sądziłam, że będę mogła go mieć.
Ten tytuł dawał poczucie więzi, której – jak sobie dopiero teraz uświadomiłam – potrzebowałam… aż do wczoraj.
– Wszystko w porządku, doktor Liorah. – Uśmiechnęłam się do niej. – Niedługo będę musiała się do tego przyzwyczaić.
– Bardzo niedługo. – Skinęła głową, a jej oczy zabłysły, zanim odwróciła kartę pacjenta, by ją przestudiować.
Jej oczy lekko się rozszerzyły, zanim na jej twarz powrócił uśmiech.
– Już wkrótce będą cię nazywać kimś jeszcze.
Zmarszczyłam brwi.
– Słucham?
– Gratulacje, Luno. Zostaniesz matką.
Zamarłam na krześle, gdy ta wiadomość zaczęła do mnie docierać.
Spojrzałam na swój brzuch i wybuchnęłam śmiechem. Chciałam tego, oboje tego chcieliśmy, i to się wreszcie działo.
Dziecko, będziemy mieli dziecko.
Potarłam brzuch. Tam w środku było dziecko.
Teraz łzy napłynęły mi do oczu z zupełnie innego powodu.
– Naprawdę? – zapytałam.
– Tak. – Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. – To dopiero pierwsze tygodnie. Powiedziałabym, że około piątego lub szóstego. Dlatego nie było tego widać, kiedy byłaś tu ostatnim razem; to musiało się stać zaledwie parę dni wcześniej – rozważała. – Chcę, żebyś przyszła w przyszłym tygodniu, wtedy zrobimy porządne badanie, może razem z Kaelenem. Dobrze?
Skinęłam głową; nie mogłam przestać się uśmiechać, choć od tego uśmiechu zaczynały mnie już boleć policzki.
– Dziękuję. – Zalała mnie fala radości.
Wszystko znów było w porządku, a nawet lepiej niż w porządku.
Było idealnie.
- - - - -
Wracając z kliniki, przyciskałam do serca dokumenty potwierdzające ciążę. Nie pragnęłam niczego bardziej, jak tylko mu o tym powiedzieć; to będzie idealny prezent urodzinowy. Choć urodziny miał jutro, przyjęcie odbywało się dziś wieczorem i uznałam, że to wystarczająco bliski termin.
Kiedy weszłam do domu watahy, atmosfera była zupełnie inna niż wtedy, gdy wychodziłam. Powietrze wydawało się naelektryzowane, wszędzie biegali ludzie. Omegi z wazonami i przekąskami pędziły w tę i z powrotem, starając się niczego nie upuścić.
Nie rozumiałam tego – wszystko było już gotowe, a decyzje zapadły tygodnie temu.
Luna Vespera prawie na mnie wpadła, a może to ja prawie wpadłam na nią.
– Och. – Jej oczy rozszerzyły się na mój widok. Wsunęłam dokumenty do kieszeni. – Mamy zmianę planów; cieszę się, że jesteś.
To mnie zaskoczyło. Zazwyczaj wydawała się zadowolona, mogąc planować wszystko sama, twierdząc, że zajmuje jej to znacznie mniej czasu, niż gdy ja brałam w tym udział.
– Co mogę zrobić? – Mój uśmiech był szczery. Cieszyłam się, że potrzebuje mojej pomocy.
– Kazałam omegom zmienić nakrycia stołów w sali jadalnej. Właśnie sprzątają tam od nowa, ale potrzebuję, żebyś ich dopilnowała. Upewnij się, że robią to poprawnie. Perfekcyjnie. – Podała mi podkładkę z klipsem i stuknęła w dołączone próbki kolorów.
– Zmieniamy wszystko? – zapytałam, patrząc na próbki, które zupełnie różniły się od tego, co ustaliłyśmy tygodnie temu.
– Tak, nadjeżdża książę. – Machnęła ręką, odprawiając mnie.
Powstrzymałam śmiech. Książę?
– Co masz na myśli?
– Czy ty w ogóle nie uważałaś podczas nauk, Elaraminto? – Jej brązowe oczy spoczęły na moich. Wzdrygnęłam się w duchu na dźwięk mojego pełnego imienia.
– Uważałam. Rodzina królewska przestała sprawować władzę sto lat temu – odparłam.
Westchnęła, pocierając nasadę nosa, jakbym przyprawiała ją o ból głowy.
– W rzeczywistości nie sprawują władzy, owszem. Ale on jest przywódcą naszego terytorium; wypowiada się w naszym imieniu. Wciąż są potężni, naturalnie silni, a my ich szanujemy, podobnie jak linię krwi, z której się wywodzą. – Westchnęła. – Alfa Vandrak, książę, poinformował nas, że pojawi się dziś wieczorem. Widziałam go tylko raz. Oczywiście jest zapraszany na wszystkie wydarzenia naszej watahy, ale zazwyczaj albo odmawia, albo przysyła kogoś w swoim zastępstwie.
Skinęłam głową, wciąż nie do końca rozumiejąc. Skoro nie miał nad nami władzy, po co te wszystkie zmiany i, na Boginię, ta luksusowa porcelana, której kilka sztuk na pewno stłukłam ostatnim razem.
– Jeśli będziesz miała pytania, połącz się ze mną mentalnie; to musi być idealne. – Odwróciła się i odeszła, a jej obcasy stukały o podłogę.
Westchnęłam, przeglądając listę zmian; przynajmniej nie będę musiała sama rozkładać sztućców, mogłam po prostu tym kierować. To pozwoli mi odciągnąć myśli od wspomnienia umięśnionych nóg Lysandry owiniętych wokół mojego partnera.
Gniew znów zapłonął. To była przeszłość. Niezbyt odległa, ale zamierzałam skupić się na przyszłości. Poklepałam kieszeń, w której schowałam potwierdzenie od lekarza, i uśmiechnęłam się do swojego płaskiego brzucha. Przyszłość, to dziecko – tylko to się teraz liczyło.
- - - - -
Popołudnie jednocześnie się dłużyło i minęło, zanim się obejrzałam.
Za wysokimi oknami jadalni zapadł zmierzch, a ja ziewnęłam, przeklinając się w duchu za to, że nie zapytałam, czy wolno mi pić kawę. Często widziałam to w filmach, ale nie byłam pewna, jak wpływa ona na nas, wilkołaki.
– Elara, co ty tu jeszcze robisz? – Wślizgnęła się Luna Vespera; miała już idealnie zrobione włosy i makijaż, choć nie zdążyła się jeszcze przebrać.
– Właśnie kończyłam. Zostało nam tylko kilka dekoracji na mniejsze stoliki.
– Ja to zrobię; idź się przygotuj. Zaraz się zacznie. – Wyrwała mi z ręki podkładkę, a ja jej na to pozwoliłam. Gdybym wyszła, zanim praca została skończona, miałabym kłopoty. Nieważne co robiłam, zawsze było źle – i zdążyłam to już zaakceptować.
Za kilka miesięcy zostanę Luną i miałam nadzieję, że jej władza nade mną osłabnie.
Znacząco.
Miałam taką nadzieję.






