Ella
– Nie, rozumiem – mruczę do słuchawki. – W każdym razie dzięki, że mnie wysłuchałaś.
Znużona odkładam telefon, chowając twarz w dłoniach. Spędziłam cały ranek na dzwonieniu z prośbą o każdą możliwą przysługę czy pożyczkę, wyrzucając za okno własną godność i błagając przyjaciół i znajomych w mojej potrzebie.
Nigdy nie uważałam się za jakąś zbyt dumną kobietę, ale błaganie w ten sposób stanowiło większe wyzwanie, niż mogłabym to sobie w ogóle wyobrazić.
Chciałabym tylko móc pomóc Corze w taki sam sposób jak samej sobie. Wciąż czeka na decyzję o zwolnieniu, i chociaż nie powinna zajmować się żadnymi próbkami, dostała zgodę na wykonanie dzisiaj po południu moich badań. W końcu i tak zostałam już zinseminowana, więc jej przełożony nie widział ryzyka żadnych kolejnych zaniedbań.
Mimo to, daleko mi do ekscytacji, kiedy przekraczam frontowe drzwi banku nasienia. Dziesięć dni temu miałam złamane serce, ale patrzyłam z optymizmem w przyszłość, pragnąc dziecka bardziej niż czegokolwiek innego na tym świecie. Teraz przeraża mnie to badanie.
Moje obawy wkrótce ustępują jednak miejsca zaskoczeniu, bo jak tylko wchodzę do obiektu, zaczynam mieć dziwne przeczucie, że Dominic Sinclair znajduje się gdzieś w pobliżu. Chwilę mi zajmuje, zanim w ogóle go znajduję, siedzącego za zamkniętymi drzwiami z szefami Cory w luksusowej, przeszklonej sali konferencyjnej. Nie mam jednak bladego pojęcia, skąd wiedziałam, że tu jest. Nie rozumiem też, dlaczego w ogóle czuję, że tak mnie do niego ciągnie: bądź co bądź, to on zrujnował życie moje i mojej siostry. Nie powinnam się ekscytować na jego widok.
To głupie szczęście sprawiło, że stanęłam na jego drodze. Sala konferencyjna jest po drodze do biura Cory, a ja łapię się na tym, że zatrzymuję się, żeby poobserwować ich spotkanie w środku. Odbiera mi mowę, kiedy tylko na niego spoglądam. Czy to w ogóle możliwe, by stał się jeszcze bardziej pociągający, od kiedy widziałam go po raz ostatni? Już samo to było całkowicie niesprawiedliwe, że ktoś tak wpływowy i bystry mógł być tak przystojny, a teraz dosłownie odbieram to jak bycie kopaną leżąc na ziemi. Ten dupek ma serce z kamienia, a i tak wszechświat obdarzył go nieskończonym bogactwem darów, podczas gdy ludzie pokroju Cory czy mnie nie mają kompletnie nic.
Wyrwawszy się z transu, idę dalej korytarzem, chociaż gdy się oddalam czuję ciężar tych ciemnych oczu wlepionych w moje plecy. Po przybyciu do gabinetu zauważam, że Cora bez wątpienia znowu płakała. Jej oczy są czerwone, a policzki pełne plam, mimo iż wyraźnie próbuje to ukryć.
– Hej – witam się łagodnie, przytulając ją. Opiera się o mnie, ściska mocno i wisi na mnie znacznie dłużej niż zazwyczaj. – Są jakieś wieści?
– Sinclair siedzi tam z nimi i właśnie to finalizuje. Dziś po południu dostanę formalne wypowiedzenie – dzieli się ze mną, pociągając lekko nosem.
– Tak mi przykro, kochanie – nucę uspokajająco, pocierając ją po plecach.
– Wszystko jest w porządku – kłamie, odsuwając się ode mnie. – A jak ty się trzymasz?
– Niezbyt dobrze – przyznaję się. – Prawdę mówiąc, trochę się tego boję.
– To niesamowite, jak szybko wszystko potrafi się zmienić, co? – pyta, wyglądając, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. – W sensie, co my teraz, u licha, zrobimy, Elle?
– Coś wymyślimy – obiecuję. – Byłyśmy już w trudnych sytuacjach – przypominam jej. – Pamiętasz tamto lato, kiedy po ucieczce z sierocińca spałyśmy w kartonach na ulicy?
– Tak – kiwa głową z rzewnym uśmiechem. – Ale teraz jest zima. Nie sądzę, żebyśmy długo pociągnęły, zmagając się z żywiołami natury. I wtedy nie byłaś w ciąży.
– No tak, więc jeśli teraz jestem w ciąży... – Nie mogę jej spojrzeć w oczy wypowiadając te słowa. – Nie wydaje mi się, że ten stan się utrzyma.
– Co? – wykrzykuje Cora ze zgrozą. – Przecież to twoja jedyna szansa! I wcale nie brakuje nam jakiejś nadziei, masz czas, żeby spróbować wymyślić plan awaryjny.
To zdanie od razu przypomina mi o Mike'u. Uświadamiam sobie, że w sumie nie podzieliłam się jeszcze z Corą najnowszymi wiadomościami. – Nie stać mnie na dziecko, nawet jeśli znajdę jakąś pracę. Będę spłacała moje długi przez kolejne długie lata. – Zaczynam wtajemniczać ją w szczegóły ostatniej zdrady Mike'a i Kate.
– Nie wierzę w to! – wybucha, kiedy w końcu kończę mówić. – To po prostu oburzające, Ello! Myślałam, że już zapłaciłyśmy za to swoje, myślałam, że skończyłyśmy cierpieć. Po tym wszystkim, co nas spotkało w życiu, zasługujemy na lepszą przyszłość! Zasługujesz na to, by być mamą – nikt inny tak mocno jak ty nie kocha dzieci.
– A ty zasługujesz na to, żeby być lekarką – odparowuję. – Tak ciężko na to pracowałaś.
– A ja wciąż nie sądzę, że powinnaś się już poddawać – stwierdza, marszcząc brwi. – Możesz przerwać ciążę aż do końca pierwszego trymestru. Byłoby wielką tragedią, gdybyś ją usunęła, a potem stałby się jakiś cud i okazałoby się, że jednak mogłaś ją zatrzymać. Nie ryzykuj. Zostaw dziecko do ostatniej, decydującej chwili.
– Nie sądzę, by ludziom takim jak ja w ogóle przytrafiały się cuda – zauważam ponuro. – Poza tym wydaje mi się to jakimś rodzajem tortury – im dłużej będę nosić dziecko, tym bardziej się do niego przywiążę. Nie chcę, by bolało to bardziej, niż jest to konieczne.
– To i tak będzie bolało, bez względu na to co postanowisz – argumentuje Cora. – Powinnaś dać sobie szansę – zostawić sobie otwarte drzwi. Nie trać całkowicie nadziei.
– Najpierw dowiedzmy się, czy w ogóle będę musiała podjąć taką decyzję – rzucam, zmieniając temat. – Mogę wcale nie być w ciąży. – Choć sama, mimo iż wypowiadam te słowa, czuję w głębi serca, że tak właśnie jest.
– Zgoda – mówi Cora, wyciągając sterylizowany kubeczek owinięty folią z jednej z szafek. – Wiesz co robić.
Biorę kubeczek i wpadam do łazienki, by dostarczyć próbkę moczu, niemal od razu oddając jej naczynie. Przechadzam się tam i z powrotem wzdłuż gabinetu, podczas gdy Cora przeprowadza testy. – No i? – dopytuję, widząc pojawiające się na monitorze wyniki.
Posyła mi rzewny uśmiech. – Gratuluję, siostrzyczko, będziesz miała dziecko.
Wmawiałam sobie przedtem, że nie rozkleję się, bez względu na wyniki, ale zaraz po tym, gdy padają jej słowa, ja zalewam się łzami. Czekałam lata, żeby usłyszeć te słowa i zaczęłam już nawet wierzyć, że nigdy ich nie usłyszę. To w jednej chwili niewyobrażalna radość, jak i niewyobrażalny ból. Nigdy nie sądziłam, że moje serce byłoby zdolne udźwignąć tak przeciwstawne do siebie uczucia i to w dodatku tak skrajne. – Naprawdę?
– Naprawdę – potwierdza, po czym obejmuje mnie ramionami. – Chodź, zrobimy USG. Będziesz mogła usłyszeć bicie serca.
– Nie jest na to za wcześnie? – piszczę.
– To po prostu jedna z zalet pobytu w najlepszym laboratorium w kraju – kwituje, choć brzmi to nieco słodko-gorzko na jej języku. – Nasza technologia o całe lata wyprzedza to, co w ogóle jest dostępne w państwowych szpitalach.
Wchodzę na podwyższony stół do badań, kładę się na plecach i unoszę nieco swój top. Nie zawracam sobie nawet głowy przebieraniem się w szpitalną koszulę i okrywaniem pościelą; odsłaniam po prostu mój płaski brzuch, gdy Cora przysuwa obok na wózku aparat USG. W ciągu kilkunastu minut maszyna wydaje z siebie to charakterystyczne szusz, szusz, szusz, a Cora wyciska warstwę żelu na mój brzuch. Przykłada mi głowicę do skóry i niedługo potem rozlega się ten niezwykle cichy odgłos bicia serca – przez który zaczynam płakać od nowa.
Cora marszczy jednak z głęboką dezaprobatą brwi. – To bardzo dziwne, dziecko wydaje się strasznie duże, a przecież przetestowaliśmy cię na ostatniej wizycie i upewniliśmy się wtedy, że na pewno nie jesteś już w ciąży.
– Co to oznacza? – pytam nerwowo. – Ojciec jest po prostu wielkim facetem?
– Nie mam na myśli po prostu rozmiaru – mam na myśli jego rozwój. – Zaciska usta i wpatruje się ze zmartwieniem w wyraziste obrazy z USG. Szepcze teraz do siebie samej bardziej, niż do mnie. – To w ogóle nie wygląda po ludzku... ale to nie może być... to jest po prostu niemożliwe.
– O czym ty do diabła mówisz? – dopytuję. – Jak ty to w ogóle widzisz? Czy to nie jest na razie tylko mała plamka?
– Jak mówiłam, sprzęt, jakim dysponujemy, to najwyższa światowa klasa. Nie wydobywa on na światło dzienne tylko poszczególnych kształtów – on też analizuje całą strukturę molekularną. – Nim zdąży dopowiedzieć cokolwiek więcej, gwałtownie otwierają się drzwi, a my obie aż podskakujemy w szoku. Na moje własne przerażenie, w framudze stoi Dominic Sinclair i posyła w naszym kierunku wręcz mordercze spojrzenia, zupełnie jakbyśmy zrobiły coś doprawdy okropnego. – Co to wszystko ma w ogóle znaczyć?! – rzuca roszczeniowo.
– Co to wszystko ma znaczyć?! – Powtarzam w całkowitym szoku. – Co to ma znaczyć, że wdrapujesz się tak po prostu na moje prywatne badanie?!
– Ponieważ – oświadcza zaciekle, a ja przysięgam, że jego oczy niemal świecą z wściekłości. – Czuję zapach mojego szczeniaka.
– Twojego szczeniaka? – powtarzam jak papuga, w pełni świadoma, że muszę brzmieć jak idiotka, ciągle się po nim powtarzając – ale to wszystko jest zbyt dziwne i surrealistyczne. Czuję się, jakbym uknęła we śnie – śnie, który może być koszmarem, ale wcale nim być nie musi. – O czym ty u licha mówisz?
Mogłam podziwiać jego imponujące warunki fizyczne nieco wcześniej, ale teraz wróciłam do myśli, że Dominic Sinclair jest po prostu czysto przerażający. Poznałam w swoim życiu sporo złych mężczyzn, ale żaden z nich nigdy w ten sposób mnie nie onieśmielał. To jest tak, jakby był istotą nadludzką, wydzielającą z siebie te dziwne fale energii, przez które odczuwam niesamowitą potrzebę zwinięcia się w małą kulkę u jego stóp.
– Wy. – Mruży oczy na Corę, po czym wskazuje na mnie. – Czy to właśnie zrobiłaś z moim nasieniem, zapłodniłaś swoją przyjaciółkę?
– Oczywiście, że nie! – ripostuje Cora dość żarliwie, choć jej głos słyszalnie drży. – Owszem, przeprowadziłam u Elli w zeszłym tygodniu inseminację, ale na pewno nie pańskim nasieniem. Wybrała swojego dawcę z naszych oficjalnych akt klientów.
– Kłamiesz. – Oskarża ją i oświadcza to, rzucając swoim oskarżeniem, jakby podawał nagie fakty. – Ella z pewnością musiała wiedzieć o tych próbkach – skoro w ogóle próbowała błagać o wyrozumiałość w twojej sprawie...
– Zrobiłaś to? – Cora mruga na mnie w szoku.
– Owszem, ale chciałam ci tylko pomóc. Wyobrażałam sobie, że potraktowałby cię ulgowo, gdyby pojął, jak bardzo nigdy byś nie zaryzykowała aż takiej ingerencji w swoją karierę. – Błagam o przebaczenie. – Było mi z tym tak bardzo źle i w ogóle przepraszam, chciałam po prostu pomóc.
– W porządku. – Mówi czule Cora, poklepując mnie ze zrozumieniem po dłoni, nim z powrotem odwraca się do Sinclaira. – To i tak nie musi zupełnie nic znaczyć... w sensie, okej, inseminację u niej owszem przeprowadziłam dosłownie tego samego dnia, kiedy u nas zaginęły testowane, zdeponowane przez pana próbki, ale nie... to po prostu niemożliwe, pańska próbka leżała osobno, szczelnie przechowywana w lodówce... – znowu urywa cicho i zerka ponownie ze strachem szerokimi, wielkimi oczami na widok wyłaniający się z obrazu USG na monitorze ekranu. – O mój Boże...
– Co takiego? – pytam ze zdziwieniem totalnie już zdezorientowana.
– To... to nie jest ludzkie... – Słyszę ledwo słyszalny z jej ust szept. Nagle okręca się nerwowo wokół, wlepiając ze szczerą histerią swój wzrok w Dominica Sinclaira. – Ja przysięgam, przysięgam panu, że nie zrobiłam tego absolutnie umyślnie. Ja... kompletnie nie wiem... kompletnie nie wiem, co mogło spowodować ten wybryk!
– Ale dlaczego w ogóle w kółko to wałkujesz, to nie-jest-ludzkie?! – rzucam pytanie z totalną bezsilnością w głosie. – Zatem co to w ogóle może być innego? Co... to co to w końcu jest? Kosmita?!
– Lepiej nie udawaj, żeś taka nieświadoma... – mężczyzna pomrukuje z poirytowaniem w moim kierunku. – Nie zgrywajcie w ogóle wielce nieskażonych w tym temacie, jakbyś obie wy myślały i wyreżyserowałyście cały ten szrot idealnie wedle tego właśnie, cholernego obrotu zdarzeń!.






